|  Strona Główna  | NR 6(90)2003  | archiwum  |  indeksy  |  księgarnia  |  prenumerata  |  redakcja  |

W NUMERZE:


DRODZY CZYTELNICY!
Ks. Jan Strzałka SCJ

WIERNY KOŚCIOŁOWI
KARDYNA
Ł STANISŁAW NAGY SCJ

WIATYK
Ks. Stanisław Mieszczak SCJ

UCZESTNICY CIERPIEŃ CHRYSTUSA
Jan Paweł II

NIECH IDĄC PRZEZ ŻYCIE,
NARZĘDZIEM TWYM BĘDĘ, PANIE

Tadeusz Pułczyński

MŁODYM SERCEM

SŁOWA OCZEKIWANE

BĄDŹ BLIŹNIM DLA CIERPIĄCEGO
Ks. Lucjan Szczepaniak SCJ

BYĆ DLA DZIECI

ŻYCIE DOBREM MALOWANE
Hanna Zieleźnik

RADOŚĆ CHORWACJI
Barbara Kelčec-Suchovec

 

BYĆ DLA DZIECI

Rozmowa z lekarzami Elżbietą i Łukaszem Wyrobkami

– Zacznijmy od dawniejszych czasów. W jaki sposób Państwo się poznaliście?
Ł.W. – To było w liceum, na wieczorku zapoznawczym. Rozpoczynając tam naukę, w szybkim czasie bardzo przypadliśmy sobie do gustu. Tak się zaczęła nasza znajomość, z której potem zrodziła się miłość.

– Czy już w liceum wiedzieliście, że wybierzecie studia medyczne?
E.W. – Na początku wszystko miało wyglądać inaczej. Moim marzeniem była praca lekarza, ale Łukasz, mój przyszły mąż, miał nieco inne plany. Przejawiał zainteresowania biologią, chciał być przyrodnikiem. Był pasjonatem przyrody, z wielkim zacięciem uganiał się za motylami i różnego rodzaju chrząszczami.
Ł.W. – Nie tyle chciałem być przyrodnikiem, co podróżnikiem. Cóż to za przyrodnik bez podróży.
E.W. – Ale potem stwierdził, że porzuci swoje zamiłowania biologiczne i pójdziemy razem na medycynę.

– Czyli z miłości wybrał Pan nawet taki sam kierunek studiów jak przyszła małżonka?
Ł.W. – Tak. I jestem teraz tym, kim jestem.
E.W. – Nieco to sprostuję – mój mąż, wybierając studia medyczne, kontynuował także tradycje rodzinne. Jego rodzice są lekarzami. Nie składajmy wszystkiego na karb miłości. Choć miało to niewątpliwy wpływ, tak myślę.

– Przejdźmy do pytań nieco trudniejszych. Czy spotykając się z cierpieniem, tym najtrudniejszym do zrozumienia – cierpieniem niewinnego dziecka (oboje pracujecie jako lekarze w szpitalu dziecięcym), nie doznajecie uczucia smutku?
Ł.W. – Smutek jest mocno wpisany w życie lekarza – szczególnie lekarza, który na co dzień spotyka się z cierpiącym dzieckiem i jego rodzicami. Nie można przejść obok tego cierpienia, tak aby w jakiś sposób (dla mnie niezrozumiały i tajemniczy) nie przelało się ono do własnego wnętrza.
E.W. – Sytuacja zmieniła się diametralnie, gdy zaczęliśmy leczyć inne dzieci, wiedząc, jak to jest mieć własne. Od momentu kiedy mamy Frania (5 lat) i Weronikę (6 m-cy) leczenie dziecka, powiedzmy w przenośni „obcego”, stało się niebywale trudne. Powiedziałam „obcego”. Ale tak naprawdę dopiero jako matka i ojciec możemy powiedzieć, że żadne dziecko nie może stać się obce. Dziecko leczone w szpitalu zawsze porównuję z moim własnym, które jest zdrowe. Wyobrażenie, że taka, a nie inna choroba mogła spotkać nie tylko to dziecko, które teraz jest w szpitalu, ale i moje, niewątpliwie jest przyczyną smutku i głębokiego przemyślenia.

– Jeżeli już jesteśmy przy Waszych dzieciach... Czy wiedza, jaką macie ze studiów czy też z doświadczenia szpitalnego, nie sprawia, że na każdym kroku „rozpoznajecie” jakieś schorzenie albo chorobę u swojego dziecka?
E.W. – Wielu uważa, że taka wiedza może tylko pomóc. Ja powiem, że również niebywale przeszkadza. Nie ma takiego komfortu, który pozwalałby oddalać wszelkie obawy o stan zdrowia własnego dziecka. Rodzice, którzy nie mają takiej wiedzy medycznej, jaką
my posiadamy, mają większy spokój. Wychowaniu przez lekarza własnego dziecka towarzyszy specyficzny stres i obawa, która nie jest prosta do wytłumaczenia.
Ł.W. – Nawet jeżeli weźmiemy pod uwagę tylko samą statystykę. Przecież jeśli przez cały dzień w szpitalu wydaję diagnozę o tylu chorobach, to jaką mam mieć pewność, że akurat ta nie mogłaby być przypadkiem mojego dziecka. Nawet w stosunku jeden na sto. Jeżeli przez cały dzień jako lekarz „mieszkam” w świecie choroby, to jest on często obecny – także w domu.

– Padło pytanie o smutek. A co jest Waszym źródłem radości i nadziei?
Ł.W. – Nie chciałbym, aby to zabrzmiało banalnie, ale jedyną nadzieją i pocieszeniem jest wiara, że życie dziecka, które teraz cierpi, nie kończy się tutaj, na tym świecie. Bez tej wiary...

– Czy często w Waszym życiu gości bezradność?
E.W. – Są sytuacje, które mogą sprawiać, że lekarz jest bezradny. Jednak jest to tylko bezradność pozorna. Zawsze jako lekarz, jako rodzic mogę podzielić się dobrym słowem, byciem z chorym dzieckiem, towarzyszeniem rodzicom.
Ł.W. – W najcięższych przypadkach pozostaje paliacja – uśmierzanie bólu, bycie do końca. W sytuacjach „beznadziejnych” lekarz powinien być zawsze towarzyszem.

– Wątpliwości i pomyłki lekarskie. Czy towarzyszą Waszemu życiu?
E.W. – Wątpliwości czasami są obecne. Wydając diagnozę na podstawie wielu różnych przesłanek, nie sposób nie mieć wątpliwości, należy ich mieć jednak jak najmniej.
Ł.W. – Pracując cały dzień,
angażując się w tyle przypadków różnych chorób i schorzeń można się pomylić – to należy mieć zawsze na uwadze. Jesteśmy tylko ludźmi i nie możemy przypisywać sobie przymiotu, który jest własnością tylko Pana Boga – nieomylności. Ryzyko pomyłki zmniejsza się, gdy pracujemy w zespole. Ostatecznie pozostaje wiara, że nasze poczynania i decyzje są jakoś wpisane w działanie Ducha Świętego. Nie chcę tutaj składać wszystkich naszych działań i pomyłek na karb planów Bożych.

– Czy często spotykacie się z grzechem zaniedbania w środowisku lekarskim?
Ł.W. – Nie aż tak często. Jednak należy być bardzo ostrożnym. Sam, spotykając się na co dzień z rozmaitymi przypadkami chorób, myślę, że może więcej czasu należałoby każdemu poświęcić. Rodzą się wątpliwości. Rozwiązaniem jest ciągły rozwój i dokształcanie.

– Czy chcielibyście, aby Wasze dzieci wybrały taki sam zawód – lekarza?
E.W. – (Po dłuższym zastanowieniu) Raczej tak.
Ł.W. – Myślę, że tak. Zawsze to lepiej, gdy rodzice posiadają umiejętność przekazywania pewnych zainteresowań, wiedzy.

– Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał:
Kl. Janusz Burkat SCJ
(Stadniki)

 

© 1999 - 2003 SCJ PL