|

W NUMERZE:
DRODZY CZYTELNICY!
Ks. Jan Strzałka SCJ
WIERNY KOŚCIOŁOWI
KARDYNAŁ
STANISŁAW NAGY SCJ
WIATYK
Ks.
Stanisław Mieszczak SCJ
UCZESTNICY
CIERPIEŃ CHRYSTUSA
Jan Paweł II
NIECH IDĄC
PRZEZ ŻYCIE,
NARZĘDZIEM TWYM BĘDĘ, PANIE
Tadeusz
Pułczyński
MŁODYM
SERCEM
SŁOWA OCZEKIWANE
BĄDŹ BLIŹNIM DLA CIERPIĄCEGO
Ks. Lucjan Szczepaniak SCJ
BYĆ DLA
DZIECI
ŻYCIE DOBREM
MALOWANE
Hanna
Zieleźnik
RADOŚĆ
CHORWACJI
Barbara Kelčec-Suchovec
|
BYĆ DLA DZIECI
Rozmowa z lekarzami Elżbietą i Łukaszem
Wyrobkami
– Zacznijmy od dawniejszych czasów. W jaki sposób Państwo się
poznaliście?
Ł.W. – To było w liceum, na wieczorku zapoznawczym. Rozpoczynając
tam naukę, w szybkim czasie bardzo przypadliśmy sobie do gustu. Tak się
zaczęła nasza znajomość, z której potem zrodziła się miłość.
– Czy już w liceum wiedzieliście, że wybierzecie studia medyczne?
E.W. – Na początku wszystko miało wyglądać inaczej. Moim
marzeniem była praca lekarza, ale Łukasz, mój przyszły mąż, miał nieco
inne plany. Przejawiał zainteresowania biologią, chciał być
przyrodnikiem. Był pasjonatem przyrody, z wielkim zacięciem uganiał się
za motylami i różnego rodzaju chrząszczami.
Ł.W. – Nie tyle chciałem być przyrodnikiem, co podróżnikiem. Cóż
to za przyrodnik bez podróży.
E.W. – Ale potem stwierdził, że porzuci swoje zamiłowania
biologiczne i pójdziemy razem na medycynę.
– Czyli z miłości wybrał Pan nawet taki sam kierunek studiów jak
przyszła małżonka?
Ł.W. – Tak. I jestem teraz tym, kim jestem.
E.W. – Nieco to sprostuję – mój mąż, wybierając studia medyczne,
kontynuował także tradycje rodzinne. Jego rodzice są lekarzami. Nie
składajmy wszystkiego na karb miłości. Choć miało to niewątpliwy wpływ,
tak myślę.
– Przejdźmy do pytań nieco trudniejszych. Czy spotykając się
z cierpieniem, tym najtrudniejszym do zrozumienia – cierpieniem
niewinnego dziecka (oboje pracujecie jako lekarze w szpitalu
dziecięcym), nie doznajecie uczucia smutku?
Ł.W. – Smutek jest mocno wpisany w życie lekarza – szczególnie
lekarza, który na co dzień spotyka się z cierpiącym dzieckiem i jego
rodzicami. Nie można przejść obok tego cierpienia, tak aby w jakiś
sposób (dla mnie niezrozumiały i tajemniczy) nie przelało się ono do
własnego wnętrza.
E.W. – Sytuacja zmieniła się diametralnie, gdy zaczęliśmy leczyć
inne dzieci, wiedząc, jak to jest mieć własne. Od momentu kiedy mamy
Frania (5 lat) i Weronikę (6 m-cy) leczenie dziecka, powiedzmy
w przenośni „obcego”, stało się niebywale trudne. Powiedziałam „obcego”.
Ale tak naprawdę dopiero jako matka i ojciec możemy powiedzieć, że żadne
dziecko nie może stać się obce. Dziecko leczone w szpitalu zawsze
porównuję z moim własnym, które jest zdrowe. Wyobrażenie, że taka, a nie
inna choroba mogła spotkać nie tylko to dziecko, które teraz jest
w szpitalu, ale i moje, niewątpliwie jest przyczyną smutku i głębokiego
przemyślenia.
– Jeżeli już jesteśmy przy Waszych dzieciach... Czy wiedza, jaką macie
ze studiów czy też z doświadczenia szpitalnego, nie sprawia, że na
każdym kroku „rozpoznajecie” jakieś schorzenie albo chorobę u swojego
dziecka?
E.W. – Wielu uważa, że taka wiedza może tylko pomóc. Ja powiem,
że również niebywale przeszkadza. Nie ma takiego komfortu, który
pozwalałby oddalać wszelkie obawy o stan zdrowia własnego dziecka.
Rodzice, którzy nie mają takiej wiedzy medycznej, jaką
my posiadamy, mają większy spokój. Wychowaniu przez lekarza własnego
dziecka towarzyszy specyficzny stres i obawa, która nie jest prosta do
wytłumaczenia.
Ł.W. – Nawet jeżeli weźmiemy pod uwagę tylko samą statystykę.
Przecież jeśli przez cały dzień w szpitalu wydaję diagnozę o tylu
chorobach, to jaką mam mieć pewność, że akurat ta nie mogłaby być
przypadkiem mojego dziecka. Nawet w stosunku jeden na sto. Jeżeli przez
cały dzień jako lekarz „mieszkam” w świecie choroby, to jest on często
obecny – także w domu.
– Padło pytanie o smutek. A co jest Waszym źródłem radości i nadziei?
Ł.W. – Nie chciałbym, aby to zabrzmiało banalnie, ale jedyną
nadzieją i pocieszeniem jest wiara, że życie dziecka, które teraz
cierpi, nie kończy się tutaj, na tym świecie. Bez tej wiary...
– Czy często w Waszym życiu gości bezradność?
E.W. – Są sytuacje, które mogą sprawiać, że lekarz jest bezradny.
Jednak jest to tylko bezradność pozorna. Zawsze jako lekarz, jako rodzic
mogę podzielić się dobrym słowem, byciem z chorym dzieckiem,
towarzyszeniem rodzicom.
Ł.W. – W najcięższych przypadkach pozostaje paliacja –
uśmierzanie bólu, bycie do końca. W sytuacjach „beznadziejnych” lekarz
powinien być zawsze towarzyszem.
– Wątpliwości i pomyłki lekarskie. Czy towarzyszą Waszemu życiu?
E.W. – Wątpliwości czasami są obecne. Wydając diagnozę na
podstawie wielu różnych przesłanek, nie sposób nie mieć wątpliwości,
należy ich mieć jednak jak najmniej.
Ł.W. – Pracując cały dzień,
angażując się w tyle przypadków różnych chorób i schorzeń można się
pomylić – to należy mieć zawsze na uwadze. Jesteśmy tylko ludźmi i nie
możemy przypisywać sobie przymiotu, który jest własnością tylko Pana
Boga – nieomylności. Ryzyko pomyłki zmniejsza się, gdy pracujemy
w zespole. Ostatecznie pozostaje wiara, że nasze poczynania i decyzje są
jakoś wpisane w działanie Ducha Świętego. Nie chcę tutaj składać
wszystkich naszych działań i pomyłek na karb planów Bożych.
– Czy często spotykacie się z grzechem zaniedbania w środowisku
lekarskim?
Ł.W. – Nie aż tak często. Jednak należy być bardzo ostrożnym.
Sam, spotykając się na co dzień z rozmaitymi przypadkami chorób, myślę,
że może więcej czasu należałoby każdemu poświęcić. Rodzą się
wątpliwości. Rozwiązaniem jest ciągły rozwój i dokształcanie.
– Czy chcielibyście, aby Wasze dzieci wybrały taki sam zawód – lekarza?
E.W. – (Po dłuższym zastanowieniu) Raczej tak.
Ł.W. – Myślę, że tak. Zawsze to lepiej, gdy rodzice posiadają
umiejętność przekazywania pewnych zainteresowań, wiedzy.
– Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał:
Kl. Janusz Burkat SCJ
(Stadniki)
|