![]() |
|
|
| Strona Główna | NR 6(90)2003 | archiwum | indeksy | księgarnia | prenumerata | redakcja | |
|
|
W NUMERZE:
DRODZY CZYTELNICY!
WIERNY KOŚCIOŁOWI
WIATYK
UCZESTNICY
CIERPIEŃ CHRYSTUSA
NIECH IDĄC
PRZEZ ŻYCIE,
BĄDŹ BLIŹNIM DLA CIERPIĄCEGO
ŻYCIE DOBREM
MALOWANE
RADOŚĆ
CHORWACJI
|
NIECH IDĄC PRZEZ ŻYCIE, NARZĘDZIEM TWYM BĘDĘ, PANIE Była mroźna, grudniowa noc. W powietrzu już pachniało świętami. W niektórych oknach przedwcześnie paliły się choinkowe lampki. Generalna próba, a może tęsknota za Tym, na którego czekamy? Ludzie trzepali dywany, niektórzy myli okna. Mężczyźni uginali się niby pod ciężkim krzyżem, ciągnąc za sobą ścięte iglaste drzewka. Kobiety z wielkimi torbami i siatkami dźwigały zakupy z marketów. Setki promocji, konsumpcyjny szał. Tego dnia i ja wybierałem się do sklepu, aby zrobić ostatnie przygotowania do wigilii. Nie znoszę tłumów. Drażni mnie tłok, w którym – choć może z życzliwym "przepraszam" – ktoś potrąca innych wypełnionym rybami koszykiem. Dlatego postanowiłem, że zrobię zakupy wtedy, kiedy inni nasycą już swoje potrzeby i wydadzą ostatnią złotówkę. Kiedy wyszedłem z domu, było ciemno. Gdzieniegdzie żółte światła latarni, iskrzące się w blasku śniegu, rozpraszały mrok. Było ślisko. Tuż za zakrętem, nieopodal mojego domu zauważyłem, że na betonowych schodkach ktoś leży. Pomyślałem, że musiał się nieźle "urządzić". Może nawet trzeba będzie wezwać pogotowie. Podszedłem bliżej. Już z daleka, choć nie widziałem jeszcze twarzy, poczułem na sobie jego wzrok. Zaraz potem wyciągnęła się do mnie ręka prosząca o pomoc. Na stopniach leżał mężczyzna. Pochyliłem się nad nim i zapytałem, co się stało i czy nie trzeba wezwać karetki. – To wszystko przez chorobę alkoholową. Jestem alkoholikiem – usłyszałem w odpowiedzi nawet całkiem przytomny głos. Zastanowiło mnie to, że przecież ktoś, kto jest nietrzeźwy, powinien bełkotać, może mówić od rzeczy, a ten człowiek mówi do mnie całkiem przytomnie.
– Niech mi pan poda rękę. Podniosę pana – powiedziałem stanowczo. Już wtedy wiedziałem, że muszę mu pomóc. Nie był pierwszym lepszym napotkanym pijakiem. Przeniosłem cały jego ciężar na siebie i centymetr po centymetrze zacząłem schodzić, wlokąc za sobą bezwładne ciało mężczyzny. Bałem się, żeby nie skręcił nogi, żeby źle nie stanął. Patrzyłem na każdy kawałek przymarzniętego do betonu lodu, na każdą nierówność. Czułem się odpowiedzialny za niego i za siebie. – Taduś, dlaczego mi pomagasz? Nie brzydzisz się? Jestem pijany. Nie wiesz, kim jestem. Prawda, że nie wiesz. Gdybyś wiedział, co ja jestem, to byś mnie tu zostawił. Zostawiłbyś mnie tutaj. No, wiesz, kim ja jestem? No, kim? Powiedz, kim ja jestem. – Człowiekiem – odpowiedziałem bez namysłu. – Jest zimno i nieważne, kim pan jest, ale tu można zamarznąć. Przypomniałem sobie komunikaty z telewizyjnych "Wiadomości" o tym, ilu ludzi już tego roku zamarzło bez dachu nad głową. Przecież ten człowiek mógłby być następny. Było późno. Mógłby tak leżeć na śniegu do jutra, bo pewnie o tej porze każdy bałby się przejść obok niego. Tymczasem schody się skończyły. – Najgorsze mamy za sobą – odetchnąłem z ulgą. Ale nie wiedziałem, co teraz. Dokąd mamy iść albo gdzie jechać. – Taduś, zaprowadź mnie do domu. Bardzo cię proszę. Zaprowadzisz mnie do domu? Ja mieszkam tu niedaleko. O tam, za parkiem, w domkach. Chodź, Taduś, do parku. Nie mogłem się zgodzić na park, bo tam znowu były schody, ale przynajmniej wiedziałem, gdzie mamy iść. – Idziemy, Taduś, do domu. Przynajmniej mam dom, mam gdzie wrócić. Wiesz, ja żyję z kobietą. Z kobietą żyję, ale tam nie ma nikogo. Żyję zupełnie sam. Sam jestem, bez nikogo. Jak już ktoś się nauczy pić – to koniec. Nie ma z tego wyjścia, Taduś. Jak się ktoś nauczy, to koniec, już po nim, wiesz? – Wcale nie koniec. Jak się można nauczyć, to i oduczyć też się można – odpowiedziałem. W tej pozornej nielogiczności chciał mi przekazać, że wśród bliskich czuje się bardzo samotny. Mówił całkiem do rzeczy, choć ktoś mógłby go nie zrozumieć. Ja czułem, że rozumiem i zrobiło mi się go żal. – Taduś, ja nie wiem. Nie wiem, skąd ty się wziąłeś. Ale jesteś i to jest fantastyczne, wiesz? Dziękuję ci, Taduś, za wszystko, co dla mnie zrobiłeś. Dziękuję. Wiele słyszałem podziękowań. Przyszło mi na myśl, że często robię coś, nie spodziewając się takich słów i nie zwracam na to uwagi. Ten człowiek potrafił mi to tak pięknie powiedzieć, choć czuł się źle. Nie zapomniał jednak zwyczajnie, po ludzku podziękować. Wsparci jeden o drugiego, trzymaliśmy się mocno i szliśmy powoli w stronę starych drewnianych domków, omijając park. – To tam, Taduś. Widzisz ten dom. Tam, idziemy Taduś. Nic się nie bój, Taduś. Ja cię trzymam. O mnie się nie martw, tylko o siebie, żebyś się nie przewrócił. Ale ja cię trzymam. Wiesz? Nic się nie bój. W tym momencie weszliśmy na oblodzoną jezdnię. Ledwo sam mogłem się utrzymać, a napotkany towarzysz jeszcze mi niechcący podkładał nogi. W pewnym momencie poczułem, że się przewracam. Przestraszyłem się, że uderzę głową o ziemię i wyrwało mi się odruchowo: "O Matko Święta!". Nie wiem, jak to się stało, ale oparłem się o mojego towarzysza. Powiedział mi znowu, żebym się nie bał, bo mnie trzyma. Zgłupiałem. Chwilami wydawało mi się, że śnię i że to wszystko nie może być prawdą. A jednak. Przeszliśmy obok piwiarni, a przed nami było już tylko bardzo ubogie domostwo. Waląca się drewniana chata. Z komina wił się biały dym, a w dwóch lichych okienkach tliło się bladoniebieskie światło. Jeszcze tylko trzy krzywe schodki, prowadzące do drewnianych skrzypiących drzwi i byliśmy w domu. W domu, a raczej w izbie, która nie przypominała w niczym ciepłego rodzinnego ogniska. Na wprost drzwi leżał na podłodze starszy mężczyzna, okryty długim czarnym płaszczem. W innej części kobieta, zachowująca się tak, jakby nikt nie wszedł do środka. Wszystko stare i zniszczone, takie ubogie i liche, że aż przykro patrzeć. Mój towarzysz przytulił mnie gorąco i jeszcze raz podziękował. Bałem się "przyjęcia" przez gospodynię, więc nic nie powiedziawszy, szybko się oddaliłem. Tej nocy nie mogłem spać. Zastanawiałem się, czy nędzę owej chaty można przyrównać do betlejemskiego żłóbka, w którym kiedyś narodziły się miłość i pokój. Jak dalej będzie wyglądać życie tego człowieka? Dziś wiem, że w jego oknie nie ma nawet choinki, choć w domu obok stoi ślicznie podświetlony żłóbek i wisi sześcioramienna gwiazda, a tuje i cyprysy przyozdobione są tysiącem kolorowych lampek. Następnego dnia, idąc z ojcem do miasta, znów przechodziłem obok pamiętnych schodków. Bałem się spojrzeć w tamtą stronę. Przemknęła mi myśl, że znów może tam leżeć jakiś człowiek potrzebujący pomocy. Nie było rady. Musiałem podjąć to wyzwanie. Spojrzałem tam, gdzie wczoraj leżał mężczyzna, wyciągający do mnie swoją dłoń. Dziś w tym samym miejscu zobaczyłem Pana Jezusa. Zapytacie: jakiego? Po zamarzniętych schodkach szedł kapłan, niosący Najświętszy Sakrament. Z nabożeństwem uklęknąłem i zrozumiałem sens wczorajszego wydarzenia: "Coście uczynili jednemu z braci moich najmniejszych, Mnieście uczy-nili". Tak, żywy Chrystus poprzez tamtego człowieka narodził się tego roku w moim sercu. Zastanawiam się, co się właściwie stało. Co znaczyły owe, wówczas wydające mi się nielogicznymi, słowa: "nie bój się, bo ja cię trzymam"...? Czy to nie ja go podtrzymywałem? A jednak to on posłużył mi za podporę. Co przez to chciał mi powiedzieć Pan Jezus? Dopiero, kiedy uklęknąłem przed kapłanem z Najświętszym Sakramentem, zrozumiałem, w jaki sposób mogę być narzędziem w rękach Pana. Modlę się o uzdrowienie tamtego "napotkanego Jezusa". Alkoholizm jest chorobą. Chorobą, która wymaga od innych nie pogardy, ale pomocy. Wierzę, że wykorzysta podaną mu przez Boga i ludzi dłoń. Wszak w oczach Pana jesteśmy równi, a Jego plany wobec każdego z nas są wielkie.
Tadeusz Pułczyński
|