|  Strona Główna  | numer aktualny  | archiwum  |  indeksy  |  księgarnia  |  prenumerata  |  redakcja  |

W NUMERZE:


LUDZKIE ŚCIEŻKI NARODZENIA

Jest taki dzień, jeden, jedyny dzień w roku, w którym zdarza się cud. Brzemienna Maryja wraz z Józefem podróżują na swoim osiołku poprzez świat, szukając miejsca, gdzie mogłoby się narodzić maleńkie Dziecię.

– Dobra kobieto! Czy znalazłoby się miejsce dla mojej żony? Jest brzemienna i lada chwila nadejdzie rozwiązanie.
– Proszę imię, nazwisko i PESEL. Najlepiej proszę dać dowód osobisty.
– Przepraszam, ale nie posiadam niczego takiego.
– Chwileczkę. Przychodzi pan do szpitala, szukając miejsca dla żony, a nawet nie ma pan przy sobie dowodu osobistego? Czy pan się z choinki urwał?!
– Czy mam rozumieć, że niczego nie da się zrobić?
– No, a co pan sobie wyobraża, że wyczaruję panu łóżko, a może nawet oddzielny pokój?!
– Bardzo przepraszam.

Józef zasmucony wraca do Maryi. Ona źle się czuje. Skurcze są coraz częstsze, a warunki jazdy na osiołku nie należą do komfortowych.

– Maryjo, jedźmy dalej, może ktoś inny udzieli nam pomocy. Tu przecież muszą być jacyś dobrzy ludzie.

Droga tym razem nie jest wyboista. Przynajmniej osiołek się nie zmęczy.

– Przepraszam, bardzo pana przepraszam.
– Tak, tylko szybko, spieszę się na ważne spotkanie i…
– Spotkanie? W Wigilię?
– Proszę pana, interesy nie mogą czekać, waluta traci na wartości. Czy pan nie ogląda „Wiadomości”?

Nagle rozlega się dźwięk telefonu komórkowego.

– Halo… tak… 30 tysięcy i ani grosza więcej.
– Przepraszam, ja chciałem tylko zapytać, czy jest gdzieś tutaj miejsce, gdzie moja żona mogłaby spokojnie urodzić. Jest brzemienna i…
– Czy mógłby pan nie przeszkadzać, jestem w trakcie ważnej transakcji.
– Tak, już nie będę.

Osiołek pociągnięty za uzdę, posłusznie rusza. Robi się już całkiem ciemno. Neony rzucają swe światło na jezdnię, po której w nietypowych okolicznościach, na nietypowym środku lokomocji podróżuje nietypowa rodzina. Na ulicy stoi człowiek. Ma głowę spuszczoną i nieustannie, wręcz gorączkowo, zaciera ręce. Jest naprawdę zimno.

– Co pan tu robi? Tu jest tak zimno… – zapytał Józef.
– Czekam na żonę. A co to pana w ogóle obchodzi? Bierz pan tę chabetę i zjeżdżaj stąd!
– Chwileczkę. Chciałem tylko zapytać, gdzie mógłbym znaleźć miejsce do przenocowania. Moja żona spodziewa się lada chwila rozwiązania.
– Fajnie! O jakim rozwiązaniu pan mówi? Rozwiązali mój zakład… Od miesiąca jestem na bezrobociu. Żona jest pielęgniarką, już od 13 godzin na dyżurze, i zarabia tyle, co kot napłakał. Dzisiaj Wigilia, nie mamy co do garnka włożyć, a pan mi tu trujesz.
– Ale czy nie zna pan jakiegoś miejsca? Bardzo proszę…
– Tu za rogiem jest stary garaż. Dawniej trzymałem tam samochód, ale to już minęło…
– Niezmiernie panu dziękuję!

Maryja była już naprawdę słaba. Resztkami sił podtrzymywała się ramienia męża i tak powoli, krok po kroku, dotarli do małego, opuszczonego garażu. Maryja powiła małe Dzieciątko, lecz nie miała Go gdzie położyć.

Maleństwo krzyczało głośno, ale jakże wdzięcznie. Rodzice byli bardzo szczęśliwi, że poród, mimo ciężkich warunków, przebiegł bez komplikacji. Nagle w garażu rozległo się pukanie.

– Proszę – przyjaźnie zaprosił Józef.
Do garażu weszło trzech mężczyzn. Byli ubrani w dość eleganckie kurtki zimowe, mieli ciepłe czapki i czerwone od zimna nosy.
– Usłyszeliśmy płacz małego dziecka. Pani tu rodziła? Dlaczego nie jesteście w szpitalu?

Maryja nic nie odpowiadała...

– To nieważne – odparł Józef. – Skąd panowie wzięli się tutaj, jest przecież Wigilia?
– Jesteśmy kumplami z pracy. Szczerze mówiąc, nie mamy gdzie się podziać.

Pozostali dwaj, wpatrzeni w różową główkę, nie mówili wiele. Pierwszy powiedział, że nic im nie idzie. Ten z bródką tydzień temu stracił żonę… Ot tak, po prostu odeszła z innym, dla kasy… Szkoda faceta. Teraz razem chodzą bez celu. Temu grubszemu w okularach umarła matka. Bardzo ją kochał, była jego przyjaciółką. Brakuje mu wspólnych rozmów i dlatego tak mu ciężko.

Józef i Maryja z ciekawością i zdumieniem wysłuchali historii trzech przybyszów. Nieprawdopodobne, że ich los jest tak różny od tego, o którym słyszeli od turystów w Jerozolimie. Jak to wszystko możliwe tu, w Europie?

Józef – uśmiechając się do przybyszów – powiedział, że Maleństwo, na które patrzą, kiedyś będzie wielkim Królem, wszechpotężnym Władcą. Każde kolano zegnie się, by oddać Mu pokłon, z każdej zaciśniętej pięści wypadnie broń, a On będzie panował nad światem po wszystkie czasy...

Trzej przyjaciele z niedowierzaniem pokiwali tylko głową, zbierając się do wyjścia. Zostawili im czapkę, rękawiczki i paczkę zapałek. Noc zapowiadała się mroźna, a Maleństwo jest przecież tak delikatne. Pierwszy przybysz, wychodząc z garażu, przystanął jeszcze chwilę na progu. Po chwili wszyscy trzej zniknęli za drzwiami.

Maryja z Józefem długo patrzyli na odchodzących. Coraz zimniej było im w tym starym, zardzewiałym garażu. Byli jednak szczęśliwi. Maleństwo uśmiechało się słodko przez sen i garnęło do ciepłego pledu, którym było otulone po uszy.

Jeszcze raz przyszedł na świat Zbawiciel, Mesjasz Pan. Po raz dwutysięczny drugi spojrzał na świat, otwierając swe śliczne, maleńkie oczka. Zobaczył to, co na co dzień widzą miliony ludzi, to, czym żyją, i to, czego im brak...

Z okna na drugim piętrze można było usłyszeć, wśród gwaru wigilijnej wieczerzy, odśpiewane lekko chrypiącym barytonem:
Podnieś rękę, Boże Dziecię,
błogosław Ojczyznę miłą...
Maleństwo poruszyło się w ciepłym uścisku Matki i na chwilkę otworzyło zaspane oczka. Spojrzało do góry i wykrzywiło buźkę w lekkim grymasie uśmiechu.
A Słowo Ciałem się stało
i mieszkało między nami
...niechże się tak stanie.
 

Iwona Końko
(Lublin)