|

W NUMERZE:
|
Wigilia
w innym domu
Nagle w moim życiu wszystko się zawaliło. Miałam wtedy 14 lat. Poszłam
do Domu Dziecka. W domu było nas wtedy pięcioro (brat był już dorosły,
siostra miała 17 lat – teraz mieszka u babci, no i dwoje młodszego
rodzeństwa – siostra ma 5 lat, a najmłodszy brat – trzy).
Mamie nie powodziło się najlepiej, a tata zmarł w wypadku, gdy miałam 9
lat. To było straszne przeżycie dla całej rodziny. Czas mijał, ból po
stracie taty był coraz słabszy, choć tkwi do dziś.
Mama powtórnie wyszła za mąż. Na świat przyszło jeszcze młodsze
rodzeństwo. Bardzo je kochaliśmy i nie było między nami żadnych różnic.
Gdy młodsza siostrzyczka miała 2 lata, a braciszek pół roku (to było 5
lat po śmierci taty), rozdzielili nas. Ja wraz z moją siostrą zostałyśmy
umieszczone w Domu Dziecka, młodsi w Domu Małego Dziecka w Tarnowie. Nie
mogłam do nich jeździć, nie miałam pojęcia, jak poruszać się po
Tarnowie. Nie wiedziałam, gdzie znajduje się ich dom, na jakiej ulicy...
nie miałam też pieniędzy. Po prostu – nic... To było straszne.
Minęło pół roku. Nadeszły święta Bożego Narodzenia. Byłam sama... Bardzo
cieszyłam się z narodzin Pana Jezusa, lecz ta radość była inna niż w
minionych latach. Kilka dni przed świętami dowiedziałam się, że moja
mama nie może mnie zabrać do domu. Byłam zrozpaczona, płakałam.
Wspominałam święta spędzone w domu. Było we mnie dużo smutku. Do głowy
przychodziły pytania: "Dlaczego akurat mnie i mojej rodzinie to się
przytrafiło? Co robi teraz moje rodzeństwo, rodzice?".
Właśnie wtedy spędziłam pierwsze święta w Węglówce. Moją rodziną były
inne dzieci. Z opowiadań starszych wiedziałam, że będzie fajnie, ale
mimo to moim pragnieniem były święta w rodzinnym domu. Robiłam wszystko,
żeby nie myśleć o rodzinie, aby nie było mi smutno. Nie dało się.
Tęsknota za bliskimi była silniejsza. Pojawił mi się obraz domu, smutna
wigilia bez taty, babci, a teraz bez rodziny.
Dzięki wielu koleżankom nie czułam się tak samotna. Wieczerza wigilijna
przebiegała w atmosferze tak radosnej i świątecznej, że zapomniałam o
smutkach i spokojnie czekałam na narodzenie się Pana Jezusa. Teraz te
święta w Węglówce wspominam bardzo mile.
Po roku pobytu w Domu Dziecka zaczęłam odwiedzać rodzeństwo.
Siostrzyczka mnie pamiętała, młodszy braciszek niestety nie.
Dowiedziałam się, że mogą być adoptowani. Bardzo to przeżyłam,
rozpaczałam. Gdy pewnego razu pojechałam ich odwiedzić, wychowawczyni
zabroniła mi widzenia się z nimi, ponieważ znalazła się rodzina, która
mogła ich w każdej chwili zabrać. Wracałam pociągiem. Płakałam. Nie
obchodziło mnie, co myślą inni. Od tamtej chwili nie wiem, co się z nimi
dzieje. Z moim starszym bratem nie widuję się zbyt często, siostra w
ogóle nie utrzymuje ze mną kontaktu. Odwiedzam mamę, staram się to robić
często. Jest zdrowa, dobrze się czuje, lecz w sercu tkwi jakiś smutek po
utracie dzieci.
Dzięki modlitwie i rozmowie z Bogiem radzę sobie w życiu, jestem
normalną, choć nieco skrytą dziewczyną. Mimo wszystkich moich problemów
z całego serca dziękuję Bogu za nieustanną opiekę.
Beata Kotra
|