|

W NUMERZE:
|
UŚMIECH DZIECKA
Z siostrą Beatą Woźniak SM rozmawia Tomasz Tokarczyk
– Na początku naszej rozmowy proszę powiedzieć kilka słów o sobie.
– Pochodzę z małej podkrakowskiej wsi Bieńkowice, z rodziny
wielodzietnej. Mam trzech braci i sześć sióstr. Do 14. roku życia
wychowywałam się w zaciszu ciepła rodzinnego. Mając 15 lat wstąpiłam do
Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia, zwanych szarytkami. W tym wieku trudno
o wielkie wydarzenia życiowe. W podjęciu tej decyzji bez wątpienia dużą
rolę odegrało wychowanie w głęboko wierzącej rodzinie. Był to jednak
tylko jeden z czynników. Uważam bowiem, że najważniejsze jest powołanie,
które albo się ma, albo nie.
– Już od prawie czterdziestu lat jest Siostra w Zgromadzeniu. Czy zawsze
była to praca wśród chorych?
– Z niepełnosprawnymi pracuję już ponad 30 lat. Obecnie pracuję w
Stowarzyszeniu Osób Specjalnej Troski "Promyki" w Limanowej.
– Co to za organizacja?
– Jest to stowarzyszenie, które obecnie liczy 60-ciu członków. Pomaga
nam również pięciu wolontariuszy: pani Bogumiła oraz Kasia, Jola, Bożena
i Michał – są to osoby młode, po dwudziestym roku życia. Opiekujemy się
35 dziećmi, mieszkającymi ze swoimi rodzicami.
Naszym celem jest przede wszystkim rehabilitacja osób niepełnosprawnych
i ich integracja ze zdrowymi oraz pomoc rodzicom tych dzieci – również w
sensie psychicznym – by nie czuli się osamotnieni w zmaganiu z trudami
codzienności. Realizacja tego celu jest możliwa dzięki ogromnemu
zaangażowaniu wszystkich członków stowarzyszenia. Każdy z nich wnosi
wiele optymizmu i serca, a to dodaje sił do pracy.
– Jakie są metody działania?
– Mamy dwie podstawowe metody: rehabilitacja oraz spotkania. Na
rehabilitację jeździmy trzy razy w tygodniu do odległej o 4 km od
Limanowej Mordarki. Jest to hipoterapia. Tam państwo Wojtasowie
bezpłatnie nam udostępniają kilka koni rasy "konik polski". Do
prowadzenia tego typu zajęć mamy odpowiednio przygotowanego
hipoterapeutę – Michała. Problemem jest jednak znalezienie środków
finansowych na opłacenie rehabilitanta. Spotkania dzieci i rodziców
odbywają się dwa razy w miesiącu w domu katechetycznym przy kościele.
Ponadto organizujemy także zawody sportowe, imprezy mikołajkowe, szkolne
spotkania integracyjne z dziećmi zdrowymi, np. przy choince, ognisku z
pieczeniem kiełbasek i inne.
– Praca z dziećmi upośledzonymi kieruje się zapewne swoimi prawami...
– Tak, początkowo dzieci były bardzo nieufne – jest to normalna reakcja
na obcą osobę. Po pewnym czasie okazują jednak ogromną radość, przestają
być obojętne i przywiązują się. Na przykład Mirek, który jest niewidomy,
rozpoznaje mnie dotykiem: zawsze szuka na mojej głowie welonu, potem
siada na kolanach. Zauważam, że jest wtedy radosny i bardzo szczęśliwy.
– Dla stowarzyszenia ważna jest ścisła współpraca z rodzicami...
– Wkład rodziców jest ogromny. To na nich spoczywa cały ciężar
obowiązków. Oni przyprowadzają dzieci do naszego stowarzyszenia,
uczestniczą w spotkaniach i rehabilitacji. Gdyby nie ich siła psychiczna
i wiara w sens pomocy, nasza organizacja nie mogłaby funkcjonować.
Poprzez swoją obecność dają dzieciom nadzieję, że może być lepiej,
mobilizują do walki z trudnościami. Rola rodziców jest po prostu
nieoceniona. W tworzeniu miłej, rodzinnej atmosfery bardzo pomaga także
zaangażowanie zdrowego rodzeństwa. To wszystko jest ważne w
podbudowywaniu psychiki dzieci niepełnosprawnych.
– Niestety, częstym zjawiskiem jest negatywny stosunek zdrowych do osób
upośledzonych. Jak Siostra odnosi się do tego problemu?
– Bardzo mnie boli, gdy zdrowa osoba wyśmiewa lub poniża osobę
niepełnosprawną. Jeśli to możliwe, staram się wytłumaczyć, że
niepełnosprawny to także człowiek – choć czasem inaczej się zachowuje
lub wygląda. Według mnie, ludzie niepełnosprawni są niejednokrotnie
bardziej wartościowi, szczerzy, prawdziwi. Oni nie myślą o własnych
korzyściach. Dla nich "tak" to tak, "nie" – to nie.
– A czy upośledzenie umysłowe nie jest pewnym ograniczeniem w ich
wierze?
– Nie, każde z nich wierzy, ale w indywidualny sposób. Wiara ta
przypomina mi zawierzenie matce, oparte na bezgranicznej ufności i
miłości. Choć często dzieci nie rozumieją, kim jest Bóg, to mają
świadomość, że jest to świętość. Na przykład, gdy wchodzą do kościoła
lub widzą kapliczkę przy drodze, klękają, robią znak krzyża lub nawet
biją się w piersi. Odczuwają sferę sacrum.
– Czy z pracy z dziećmi Siostra "bierze" coś dla siebie?
– Dzieci uczą mnie wielu rzeczy. Przede wszystkim myślę tu o ogromnej
prostocie i szczerości – prawdomówność to najbardziej charakterystyczna
cecha osób niepełnosprawnych umysłowo. Dzieci ufają Opatrzności Bożej i
właśnie tę ufność należy naśladować. Poprzez pracę z dziećmi nabrałam
także wiary w to, że istnieją jeszcze ludzie zdolni do bezinteresownej
miłości.
– Niejednokrotnie słyszy się opinie, że te dzieci nic nie rozumieją i
praca z nimi jest daremna. Co Siostra o tym sądzi?
– Czasem można odnieść takie wrażenie, ale nie jest to prawdą. Bo jeśli
w wyniku naszej pracy na twarzy dziecka pojawia się uśmiech, to czy
nasza praca jest daremna?
– A czy może Siostra powiedzieć, że osiągnęła w swojej pracy sukces?
– Choć trudno w tej dziedzinie mówić o widocznych wielkich sukcesach, to
każdy najmniejszy postęp osoby, której pomagam, traktuję jak swój
osobisty. Po trzech latach ćwiczeń nauczyłam Adasia gryźć stałe pokarmy
– do tej pory jadł tylko papkę; ja wkładałam mu do buzi kawałeczek
chrupki kukurydzianej i własnymi rękoma pomagałam mu ruszać żuchwą.
Czynność tę powtarzaliśmy kilka razy w ciągu dnia. Udało się. Jeśli
dziecko nauczyło się samodzielnie jeść, a wcześniej tego nie potrafiło,
jest to nie tylko radość dla niego i jego rodziców, ale i dla mnie.
Właśnie te drobne osiągnięcia zdobywane krok po kroku składają się na
życiowy sukces.
– Serdecznie dziękuję Siostrze za rozmowę.
|