![]() |
|
|
| Strona Główna | NR 5(89)2003 | archiwum | indeksy | księgarnia | prenumerata | redakcja | |
|
|
W NUMERZE:
DRODZY CZYTELNICY!
PANIE, POZOSTAŃ Z NAMI!
TAJEMNICA CIERPIENIA
BOISZ SIĘ ŚMIERCI?
FILIPINY – KRAJ KONTRASTÓW
WYSPA SZCZĘŚLIWA
|
PIELGRZYM – Zacznijmy od pierwszych chwil. Przedstawcie Państwo, proszę, Wasze pierwsze spotkanie z ks. Karolem Wojtyłą. Stanisław Rybicki – Pierwszy kontakt był dość przypadkowy. Mieliśmy z kolegą zwyczaj chodzenia w karnawale na zabawy taneczne. W styczniu 1951 r. zaprosił mnie na zabawę do Internatu Sióstr Nazaretanek. Po dwóch dniach przyszedł z zaproszeniem do kościoła św. Floriana. Zaproszenie to pochodziło od młodego księdza wikarego, który chciał poprawić jakość śpiewu w kościele. Chciał stworzyć taką grupę, która będzie podejmowała i prowadziła śpiew. I poszliśmy tam. Wejście na chór miało bardzo strome schody. Kolega wchodził pierwszy, ja za nim. Schody się kończą i widzę sfatygowane buty, następnie sutannę też godną zmiany. Potem moim oczom ukazała się ujmująca postać młodego, trzydziestoletniego księdza w okularach, który się z każdym przywitał. Danuta Rybicka – W tamtych czasach był to ewenement! Był bardzo duży dystans między kapłanem a wiernymi. St.R. – Poćwiczyliśmy nieco, poprowadziliśmy śpiew w święto Matki Bożej Gromnicznej – kościół zabrzmiał pięknie kolędami. D.R. – Ksiądz nam podziękował i spytał, czy przyszlibyśmy w środę na Mszę św. o godz. 6.00. Nas przeszły ciarki: "Tak wcześnie?". Mimo to poszliśmy. Potem stało się tradycją, że co środę w bocznej kaplicy kościoła św. Floriana uczestniczyliśmy we Mszy św. Bywała nas stała grupka: 8-9 osób. Przy okazji tych spotkań Ksiądz dyskretnie pytał nas, kiedy mamy urodziny, imieniny, egzaminy i odprawiał też Msze św. z tych okazji. A daty imienin i urodzin pamięta do dziś! – To był rok… D.R. – 1951. Początek naszych spotkań to styczeń. Za jakiś czas Ksiądz zapytał nas: "A może byście spróbowali zaśpiewać chorał gregoriański?". Myśmy nie bardzo wiedzieli, co to jest, ale mieliśmy kolegę muzyka, który nas nauczył. Śpiewaliśmy chorał na naszych mszach środowych. St.R. – Ten nasz "chórek" był pewnym fenomenem. Sekcja męska, składająca się ze studentów Politechniki, była prowadzona przez studenta – pianistę, a dziewczęta ćwiczone przez muzyka – p. Halinę Jurikową – były studentkami humanistkami i "rolniczkami". – Czy były też inne okazje do spotkań z ks. Karolem Wojtyłą? D.R. – Na początku wszystko skupiało się wokół śpiewu. Próby odbywały się w kancelarii na plebani. Ksiądz przychodził do nas posłuchać i porozmawiać na różne tematy. W kościele św. Floriana spotykaliśmy się krótko, bo po wakacjach ks. dr Wojtyła został oddelegowany do pracy naukowej. Msze św. odprawiał w kościele św. Katarzyny, na Kazimierzu. Poszliśmy tam za Nim. – A czy panujący wówczas ustrój polityczny miał jakiś wpływ na te spotkania? St.R. – Sytuacja polityczna sprawiła, że nie znaliśmy w większości nazwisk, a tylko imiona kolegów. Nie dopominaliśmy się o to, by je znać. To były takie czasy, że lepiej było wiedzieć mniej niż więcej. – Czyli na początku też długo nie wiedzieliście, kim jest Ksiądz, który się z Wami spotyka? D.R. – Nie wiedzieliśmy. Dopiero gdy Ksiądz wydał skrypt z głoszonych przez Niego konferencji O istocie człowieka (także bez nazwiska autora!) – jako polonistka chciałam je poznać. Dowiedziałam się, ale zostało niewyraźnie powiedziane – błędnie więc je zapisałam: tak dobrze mi brzmiało – jak "Jagiełło", to i "Wojtyło". Studentki w internacie u nazaretanek nazywały księdza – "Sadok". Przydomek ten jest imieniem głównego bohatera powieści Władysława Grabskiego W cieniu Kolegiaty. Przeczytałam książkę i nie pasowało mi to nazwanie do Tego Człowieka, dopiero po drugiej części, pt. Konfesjonał – Sadok był na miejscu. – Jeżeli już jesteśmy przy przydomkach, to warto, aby Czytelnicy dowiedzieli się o innym, którego Pani jest autorką. D.R. – Zakazane, a co najmniej podejrzane dla władz państwowych, było gromadzenie się młodzieży w grupy. Karygodne było skupianie się młodzieży wokół księży! A myśmy jechali z ks. Karolem Wojtyłą na wycieczkę do Zakopanego, by zobaczyć kwitnące krokusy… Jazdę w zatłoczonym pociągu skracaliśmy sobie rozmową, ale jak się zwracać do Księdza, żeby nie wzbudzić podejrzeń o "robotę wywrotową"? Męczyliśmy się aż do Zakopanego, by nie użyć słowa "ksiądz", a tam – świeże górskie powietrze poddało pomysł. Zapytaliśmy naszego księdza, czy możemy się do Niego zwracać "Wujku", by nie "kusić" donosicieli "bezpieki". Zgodził się ku naszej wielkiej radości i… tak już zostało. – A do kiedy funkcjonował "Wujek"? St.R. – Dla nas – do dziś. – Nadal więc Państwo zwracają się do Ojca Świętego – "Wujku"? St.R. – Tak. Zawsze też w listach pisanych do nas tak się podpisuje. D.R. – Należy jednak podkreślić, że są takie momenty i sytuacje, kiedy mówimy: "Ojcze Święty". Na przykład jeżeli rozmawiamy na tematy związane z wiarą lub dotyczące Kościoła. Ale przy powitaniu, przy pożegnaniu, w rozmowach na tematy rodzinne i osobiste – zawsze zwracamy się "Wujku". – Czas, o którym mówiliśmy do tego momentu, to czas związany z Krakowem. Chciałbym zapytać teraz o czas, który Państwo spędzali z Wujkiem w górach. D.R. – Zaczęło się od Beskidów. Jako "patriotka lokalna" zaprosiłam w moje góry (p. Danuta pochodzi z Bielska-Białej – J. B.). Wtedy Ksiądz powiedział, że ma kolegę w Kozach i możemy go odwiedzić. Kolegą tym był ks. Franciszek Macharski. W Beskidach było ulubione miejsce ks. Karola Wojtyły: przełęcz "U Panienki". Na drzewie była kapliczka i tam się chętnie na dłużej zatrzymywał, tam lubił się modlić. St.R. – W 1952 i 1953 r. odbywaliśmy krótkie, półtoradniowe wycieczki. Czegoś nam jednak brakowało. Chcieliśmy przejść jakiś dłuższy szlak. I tak doszła do skutku wyprawa w Bieszczady. Były to czasy niedługo po wojnie, kiedy wszystko było pod kontrolą. Należało zorganizować i zarejestrować grupy, które nie mogły liczyć więcej niż 10 osób. Każda z grup musiała mieć swojego przewodnika, a na niektórych trasach towarzyszył nam przydzielony żołnierz ze stanicy WOP. – Można zatem powiedzieć, że lata 1951-1953 były decydującymi o kształcie więzi ks. Karola Wojtyły z ludźmi, którzy tworzą "Środowisko Wujka"? St.R. – Tak. Były to lata, które dały początek "Środowisku". Do 1953 r. była to tzw. "Rodzinka", która liczyła około 12 osób. Dopiero po wyprawie w Bieszczady nasza grupa poszerzyła się i przybrała nową formę. W tym roku miał miejsce pierwszy ślub w "Środowisku", odbył się w Poraju. Nowożeńcy Jadzia i Stach Kozłowscy poznali się w chórku. Do małżeństwa przygotował ich Wujek. Nawiasem mówiąc, Stach, inżynier, był konstruktorem pierwszego papamobile na pielgrzymkę Ojca Świętego Jana Pawła II do Polski w 1979 r. Przypłacił to życiem, gdyż wokół tego projektu było olbrzymie napięcie. Organizatorzy co chwilę zmieniali parametry samochodu, różnie to motywując. Gdy Stach skończył pracę i dwa pojazdy dla Ojca Świętego były gotowe – dostał zawału. Oglądał pielgrzymkę w telewizji i zmarł. Było to w Boże Ciało. D.R. – Wracając do wyprawy w Bieszczady: gdy byliśmy w styczniu tego roku u Ojca Świętego, to wspominał, że właśnie przypada pięćdziesięciolecie tej wyprawy, którą nazwał "kadrową", bo jej uczestnicy stworzyli trzon "Środowiska". St.R. – Część jest w nim do dziś, inni odeszli już do Pana. – Czy te wyprawy znalazły może jakieś odbicie w twórczości Karola Wojtyły? D.R. – Owszem. Gdy na przykład czytamy Przed sklepem jubilera. Medytacja o Sakramencie Małżeństwa, możemy wskazać czyje problemy i poglądy wypowiadają bohaterowie tego utworu. Zmienione są tylko imiona. Jest też opis przygody, nad Jeziorem Duszatyńskim, z pohukującą sową. Sytuacja i klimat zostały wiernie oddane. No i Tryptyk rzymski… – We wspomnieniach często nawiązują Państwo do tzw. "Mszy św. polowych". Jak to wyglądało w tamtych przedsoborowych czasach? D.R. – Prawdą jest, że przed i po II Soborze Watykańskim zawsze, jeżeli tylko była możliwość odprawienia Mszy św. w kościele, Wujek tak czynił. Tylko wtedy, gdy nie było takiej możliwości, odprawiał w terenie, na wolnym powietrzu. O spotkanie kościoła było łatwiej w górach. Trudność pojawiała się w czasie spływów kajakowych. Ksiądz miał pozwolenie na odprawianie Mszy św. w całej Polsce. Miał też taki mały "przybornik", w którym był ornat dwustronny i paramenty liturgiczne. Staraliśmy się, aby Msza św. była w lesie, w ustroniu, tak aby nie zwracać uwagi obcych ludzi, którzy mogliby o tym donieść "bezpiece" i narazić Księdza na niebezpieczeństwo. Robiliśmy ołtarz różnymi sposobami: na pniach, na plecakach, na odwróconych dnem do góry kajakach lub wiosłach przywiązywanych do drzew. To było przykrywane białym obrusem, dekorowane polnymi kwiatami, na środku umieszczony był krzyżyk, a po bokach płonęły świece. Dla nas za każdym razem było to wielkie przeżycie. Czuliśmy się częścią wszechświata, który chwali Boga: las, góry, jeziora, cudowne widoki, kwiaty pachnące, ptaki śpiewające. My – razem z tymi ptakami – śpiewamy i wielbimy Stwórcę. – Jakie mają Państwo wspomnienia związane z nominacją biskupią? D.R. – Był to 1958 r. W czasie spływu kajakowego Ksiądz musiał wyjechać do Księdza Prymasa. Myśmy nie byli na tej wyprawie, bo właśnie rodził się nasz syn. Znamy tylko relację Wujka i kajakarzy. Zapamiętałam, że nie wrócił z Warszawy do nich, pojechał z mianowaniem do Krakowa, do abpa Baziaka. Poprosił o zgodę na powrót do kajakarzy, mówiąc: "Oni tam zostali bez Mszy św., z dala od kościoła". I wrócił. Mamy natomiast wzruszające wspomnienia ze święceń biskupich, ale to już inna historia. – Jak ks. Wojtyła reagował na Wasze problemy? Z Państwa wspomnień wiadomo, że konkretnie i praktycznie. St.R. – On żył naszym życiem… Młode małżeństwa na ogół nie miały własnych mieszkań. Często mieszkały "kątem" u rodziny. Wujek widział całego człowieka: i duszę, i ciało. Wiedział, jakie mogą być skutki braku własnego mieszkania. Z inicjatywy Jego i ks. Ferdynanda Machaja powstał zamiar zbudowania "Osiedla miłości". Ksiądz Machaj chciał podarować kościelny grunt pod budowę, a inżynierowie z naszego grona mieli się zatroszczyć o resztę. Władze komunistyczne jednak nie dopuściły do tego. Bardzo długo dorabialiśmy się mieszkań. D.R. – Wujek organizował dni skupienia dla narzeczonych i młodych małżeństw. Potem, gdy rozrastały się nasze rodziny – chrzcił dzieci. Co miesiąc były spotkania dla młodych małżeństw. Najpierw była Msza św. z nauką, którą głosił ksiądz (a potem biskup) Wojtyła. Po niej spotykaliśmy się w refektarzu i rozmawialiśmy o naszych problemach. Aktualne były kwestie moralne związane z planowaniem rodzicielstwa. Czasem te dyskusje były bardzo burzliwe, ale była w nich duża otwartość ze strony Księdza. Później autor Miłości i odpowiedzialności (książki z zakresu etyki) powiedział, że była ona w dużej mierze wynikiem tych rozmów. – Dzień 16 października 1978 r. Jak wyglądał u Państwa, co wtedy czuliście? D.R. – Towarzyszyłam mojej koleżance w uroczystym nadaniu Krzyża Zasługi i wróciłam trochę później do domu. Po drodze zastanawiałyśmy się, czy w tym czasie nie wybrano już papieża. Drzwi otworzył mi mąż i ze łzami w oczach powiedział: "Wujek został papieżem". Wtedy się rozpłakałam i tak płakałam aż do 22 października. Kiedy zobaczyłam Naszego Papieża w telewizji w czasie Mszy św. intronizacyjnej – uspokoiłam się. Towarzyszyły nam mieszane uczucia: straty i radości. Poczucie straty już raz przeżyliśmy, gdy Wujek został biskupem. Wtedy jednak powiedział: "Nie martwcie się, Wujek pozostaje Wujkiem", ale teraz? Środowisko wysłało do Watykanu telegram z gratulacjami, a Ojciec Święty odpisał: "Wujek nadal pozostaje Wujkiem, a Wasza głowa w tym, jak to zrobić". Robimy to na różne sposoby: modlimy się za Ojca Świętego – Wujka, pielgrzymujemy w Jego intencji, piszemy listy i odwiedzamy. – Ze wspomnień Państwa, tych odległych, ale i nowych, można wywnioskować, że Ojciec Święty ma wielką umiejętność pozytywnego "zaskakiwania" ludzi… D.R. – Stale nas zaskakuje. I chyba wszystkich… Ten stary, schorowany Człowiek – jak nikt inny na świecie – prowadzi dialog z młodzieżą i jest dla niej autorytetem! Na wszystko, co się dzieje – reaguje! Ten Człowiek, który dźwiga na swych ramionach cały Kościół powszechny, cały świat – przejmuje się stale losem ludzi, których kiedyś spotkał na swej drodze. Kiedy dowiaduje się o czyjejś ciężkiej chorobie, reaguje natychmiast; daje znać, że się modli za chorego, i że odprawi za niego Mszę św.; a jeśli to możliwe – telefonuje z Watykanu do krakowskiego szpitala, aby pocieszyć chorego i jego rodzinę. Ta pamięć i bliskość są nam zawsze wielką pociechą. – Czy możecie Państwo wymienić najpiękniejsze momenty z okresu przyjaźni z Wujkiem jako papieżem? D.R. – Nie, to jest niemożliwe, bo każdy kontakt z Ojcem Świętym (wszystko jedno czy listowny, telefoniczny czy osobisty) jest najpiękniejszy! W tym roku byliśmy przez tydzień w Rzymie i już po pierwszym spotkaniu z Papieżem powiedzieliśmy sobie: "Gdyby nic więcej tylko ten jeden wieczór – to jest wielkie szczęście". Ale nie był to wieczór jedyny. Ojciec Święty nie szczędzi siebie dla ludzi, a dla przyjaciół – to już w ogóle… St.R. – Podsumowując, trzeba stwierdzić, że przyjaźń, jaką nas darzy Ojciec Święty, jest wielkim darem i łaską.
Rozmawiał: Kl. Janusz Burkat SCJ |