![]() |
|
| | Strona Główna | NR 4(88)2003 | archiwum | indeksy | księgarnia | prenumerata | redakcja | | |
|
W NUMERZE:
DRODZY CZYTELNICY!
JEZUS
PRZYCHODZI DO WSPÓLNOTY
JEZUS
CHRYSTUS - cierpienie przezwyciężone miłością
DZIECIĘCE
DOŚWIADCZENIE WIARY
CZAS "MAŁEGO
KSIĘCIA"
MIŁOŚĆ JEST
JAK OGRÓD
CZY TO
MOŻLIWE...? |
Rozmowa z ks. Józefem Gąsikiem SCJ, misjonarzem z Konga – Dlaczego Ksiądz wyjechał na misje? – Po moich spotkaniach z misjonarzami z Indonezji i Konga dostrzegłem, jak wielka jest potrzeba pracy księży na misjach. Kościół jest tam młody, a nie ma pracowników. „Żniwo jest wielkie, a robotników mało” – mówi sam Pan Jezus. – Pojechał Ksiądz do Konga... – Pojechałem do Zairu. Dopiero później, w 1997 r., nazwa kraju została zmieniona na Kongo. Dlaczego właśnie tam? Ponieważ nasi misjonarze, którzy wyjechali do tego kraju w 1970 r., niejako zaprosili mnie do pomocy w ich pracy. – Jak wygląda życie na parafii w Afryce? W tej chwili pracuję w parafii św. Klemensa w Kinszasie. Wcześniej pracowałem w Kisangani, z której trzeba było jeszcze dojeżdżać do kilku innych parafii. Zależnie od warunków można było dostać się tam najpierw samochodem, motocyklem, a następnie wchodziło się w busz, żeby dojść do wioski. Cała wyprawa trwała około tygodnia. Misjonarz nie wyruszał sam. Towarzyszyło mu zawsze przynajmniej dwóch katechistów i kilku innych do pomocy: niesienia wody pitnej czy paramentów mszalnych. To była dosyć ciężka praca, ale przynosiła wiele satysfakcji i owoców. Ludzie dziękowali Bogu, że mogą przynajmniej wtedy uczestniczyć we Mszy św. i przystąpić do sakramentów. Dziękujmy Bogu, że my, w Polsce, mamy Mszę św. każdego dnia. – Jak zatem wygląda konkretny dzień życia na misjach? – Jest on dosyć interesujący. Co kilkanaście dni wybieram się na objazd i wizytację kaplic. Na przykład postanawiam, że wyjadę na piętnaście dni i odwiedzę przynajmniej 15 kaplic. Dojeżdżałem do wioski przed zachodem słońca. Następnie musiałem się zorientować, w którym miejscu znajduje się kaplica, przywitać się ze wszystkimi, zobaczyć, w której lepiance będzie mieszkanie, pod którą palmą będzie łazienka. Potem, jeżeli zostało jeszcze trochę czasu, mieszkańcy mogli przystąpić do sakramentu pokuty. Wieczór był bardzo przyjemny. Po zachodzie słońca wszyscy mieszkańcy gromadzili się przy ognisku, w centralnym punkcie wioski. Wydawało się, że w tym tłumie jest dużo wierzących. Więcej jednak było ciekawskich niż katolików. Podczas rozmów pytano mnie często na przykład o to, w jaki sposób można zapobiec chorobom, czy istnieje możliwość otwarcia w danej wiosce ośrodka zdrowia, apteki. Taka dyskusja przeciągała się do późnych godzin nocnych. Drugi dzień rozpoczynał się o godzinie 6.00 rano. Po śniadaniu składającym się z czarnej kawy i kawałka makemby – czegoś w rodzaju banana, udawałem się do kościoła, w którym odbywała się wspólna modlitwa. Następnie był czas na spowiedź i przygotowanie liturgiczne. Po tym następowała uroczysta, trzygodzinna Msza święta, której towarzyszyły tańce, piękna liturgia afrykańska. W czasie Mszy świętej udzielałem sakramentu chrztu i małżeństwa. Po Mszy świętej następował wspólny obiad całej wioski. Każdy przynosił to, co miał. Następnie chwila odpoczynku, po której trzeba było udać się w podróż do kolejnej wioski. – Czy zauważa Ksiądz owoce tej ciężkiej pracy misjonarzy? – Z tego, co zauważyłem w ciągu ponad 20 lat mojej służby w Afryce, praca misjonarska przynosi liczne owoce, Kościół się rozwija. Diecezja Kisangani, która zajmuje obszar połowy Polski, na początku miała 4 miejscowych księży, a teraz jest ich już 40. Są również powołania do różnych zgromadzeń zakonnych. – W czym Ksiądz widzi przyczynę rozwoju Kościoła? – Afrykański lud nie potrzebuje słowa, ale przykładu. Jest on więcej wart niż nauczanie. Jeżeli chcemy widzieć owoce naszej pracy, nie pokładajmy ufności w naszych siłach, nie popisujmy się specjalnie naszymi zdolnościami, ale zaufajmy Panu. On da nam na tyle łaski, aby nasza praca przynosiła plony. – Wspominał Ksiądz o podróży przez busz. Nam kojarzy się on z dzikimi zwierzętami. Czy taka podróż jest bezpieczna? – Groźniej to wygląda w teorii niż w praktyce. Największą trudnością jest tropikalny klimat, do którego nie jesteśmy przyzwyczajeni. Nie ma zimy, jest tylko sezon wilgotny i suchy. W dzień temperatura jest wysoka, sięga 40 stopni w cieniu, a w słońcu nawet 60. Natomiast żadna zwierzyna nie jest wrogiem człowieka. Nawet największe zwierzęta nie zaatakują, jeżeli same nie zostaną zaatakowane. Zresztą zawsze idziemy do buszu w grupie, żeby zabezpieczyć teren. Gdy na przykład dochodzimy do rzeczki, sprawdzamy, czy są węże. Nasi afrykańscy przyjaciele potrafią odkryć takie pułapki. – W jaki sposób? – Bardzo prosto. Bierze się dwa patyki i stuka jednym o drugi. Wąż najprawdopodobniej tego nie słyszy, ale czuje drgania i ucieka z tego miejsca. – Czyli busz nie jest taki straszny, jak się wydaje? – Dla mnie na pewno nie. Może dlatego, że nigdy nie zostałem zaatakowany przez żadne ze zwierząt. Raz zdarzyło mi się spotkać na drodze goryla, ale ustąpił mi drogi. (śmiech) – Co jest największą bolączką pracy w Kongu? Co sprawia największy ból? – W 1994 r. wybuchła wojna w Ruandzie, która pochłonęła już 3 miliony ofiar. Przeniosła się na teren Konga i objęła 60 proc. terenu. Wszyscy misjonarze zwracają więc uwagę na pomoc humanitarną. Wielu ludzi bowiem umiera z głodu czy braku lekarstw. Innym skutkiem wojny jest pogorszenie sytuacji ekonomicznej rodzin, ponieważ zdarza się, że ojciec przez długi czas jest poza domem. Istnieje wiele przykładów rodzin, w których dzieci nie mają możliwości pójścia do szkoły. Przychodzą wtedy do misjonarzy i proszą o lekarstwa, naukę pisania, czytania. Bardzo często przychodzą i tacy, którzy proszą o chleb. Robimy, co możemy, ale nie sposób pomóc wszystkim. Nie zniechęcamy się jednak. Jesteśmy z nimi i często sama nasza obecność dodaje im otuchy. Staramy się więc na początku zapewnić tym ludziom jedzenie, lekarstwa, a dopiero wtedy nauczamy o Bogu. – Czasopismo „Wstań” jest adresowane do osób starszych, samotnych, chorych i cierpiących. Czy świadomość, że ktoś w Polsce cierpi, modli się w intencji misji, Księdza daje jakąś siłę? – Kościół jest misyjny. Kościół ma misjonarzy, których wysyła. Ale w Kościele wszyscy powinniśmy być misjonarzami, bez względu na wiek czy stan zdrowia. Wszyscy jesteśmy dziećmi Bożymi i powinniśmy starać się o to, żeby ten, który jest blisko nas, i ten, który jest daleko, osiągnął zbawienie. Każde cierpienie, każda modlitwa to wielkie zaplecze duchowe dla misjonarza. On to czuje, dlatego z jeszcze większą radością i energią może oddawać się pracy dla człowieka, który czeka na Jezusa. My, misjonarze, jesteśmy bardzo wdzięczni za przyjęcie każdego krzyża bólu. Chrystus nie chce, abyśmy cierpieli. Lecz kiedy doświadczamy bólu, On nas przez niego zbawia. A jeżeli umiemy ofiarować go za innych, to przyczyniamy się do ich zbawienia. – Serdecznie dziękuję Księdzu za rozmowę. Życzę siły duchowej i fizycznej do dalszej pracy misyjnej.
Rozmawiał: |