|  Strona Główna  | NR 4(82)2002  | archiwum  |  indeksy  |  księgarnia  |  prenumerata  |  redakcja  |

W NUMERZE:


JEZU, NIE ZABIERAJ MI CIERPIENIA...

Byliśmy w Rzymie, także na środowej audiencji w Watykanie. Ojciec Święty podszedł do mnie, przytulił i pobłogosławił. Moje serce zaczęło kruszeć. Już wiedziałam, że Bóg jest. Uwierzyłam. Ciągle o Nim myślałam. Szukałam Go. Tak, szukałam, tęskniłam, a On był przy mnie cały czas. Bałam się spowiedzi. Bałam się księży. Bałam się, że nie otrzymam rozgrzeszenia. Szukałam mądrego spowiednika. Przyszedł sam do pokoju sanatoryjnego, w którym zmarł mój mąż. Wszystkie moje grzechy wypłakałam. Sutanna proboszcza i mój ręcznik były mokre od łez. Stary proboszcz przytulił mnie do siebie i moje kamienne serce w jednej chwili stało się sercem z ciała. W duszy poczułam pokój, a w sercu radość. Urodziłam się na nowo. Nawróciłam się.

Łaknęłam słowo Boże. Ktoś przyniósł mi Pismo święte, ktoś inny nauczył modlić się na różańcu. Zaczęłam otrzymywać pisma i książki katolickie. Mój głód słowa Bożego jest wielki. Z latami coraz większy.

Dobry Bóg kochał mnie cały czas. Długo, cierpliwie i z wielkim miłosierdziem prostował drogę do Niego. Teraz myślę, że bardzo mnie kocha, skoro tak mnie naznaczał i przez to wszystko przeprowadził, ...skoro nadal mnie naznacza i w cierpieniu każe żyć.
Żyję w środowisku ludzi, którzy wierzą, ale nie praktykują, wierzą "letnio" bądź wcale. Ci ludzie początkowo drwili z mojego cudu nawrócenia, śmiali się, naigrywali. Pytali, czy nie zwariowałam... Wtedy jeszcze nie umiałam bronić mojej wiary, Pana Jezusa... Jedyną odpowiedzią były łzy. Teraz moje życie jest świadectwem wiary.

Sprzedałam działkę z rozpoczętą budową. Otrzymane za nią pieniądze ukradziono mi, a całe mieszkanie doszczętnie ograbiono. Zabolało. Mocno zabolało. Następnie dwa poważne wypadki samochodowe. Auta do kasacji. Ja cała. Już nie bolało. Tylko zadrapania bolały. Tak Bóg pozwolił odejść mi od gromadzenia dóbr. Już nie jestem ich niewolnikiem. Nie gonię za nimi. Jestem wolna. O co poproszę – otrzymuję...

Od momentu nawrócenia pracuję żmudnie nad sobą i powoli odchodzę od grzechów, grzeszków i wad. Codziennie nawracam się i "brnę" w wiarę coraz głębiej. Zrozumiałam, że Bóg uratował mnie od śmierci, dał możliwość pokuty i szansę na życie wieczne. Zatem Bogu dziękuję za wózek, już się go nie wstydzę.

Dziękuję też za ból, cierpienie, bezsenne noce i wszystkie dolegliwości. Wiem, że wózek i wszystko, co z nim związane – to dar od Boga, przywilej, "dziwne powołanie". Z pozycji wózka widzi się inaczej, lepiej, głębiej, ostrzej. Myślę, że teraz rozumiem sens cierpienia, dlatego mogę się na nie zgodzić, dlatego jest do udźwignięcia. Mało tego, staram się je "przekuwać w miłość"...

Cierpię, może za moje grzechy, może za grzechy innych, może za jakąś sprawę... Może po to, aby moja wiara była mocna. Bóg wie, dlaczego cierpię, a ja godzę się na to i przyjmuję wszystko z pokorą. Cieszy się moje serce. Chociaż trochę mogę cierpieć dla Jezusa...

Zauważyłam, że w dni, kiedy ból nie jest taki silny i tak rozległy, jak zazwyczaj, zdarza mi się zwracać w stronę spraw doczesnych. Wtedy proszę: Jezu, nie zabieraj mi cierpienia... Nie pozwól mi się znów pogubić, oddalić.

Każdego dnia w modlitwie proszę o głęboką wiarę i wielką pokorę. Moją najukochańszą modlitwą jest Różaniec. Dziesiątki, a nawet pojedyncze koraliki komuś ofiarowuję, i ból, i cierpienie. Bezgłośnie, szeptem, czasem głośno wymawiam: "Zdrowaś Maryjo"... Do Jej stóp zanoszę tyle próśb, podziękowań, słów uwielbienia i przeprosin. Zdarza mi się zasypiać z różańcem wtulonym w dłoń. Modlę się nieustannie. Modlę się i pracuję. Pracuję i modlę się. Zauważyłam, że gdy ręce nie są zajęte, składają się do modlitwy. Kiedy budzę się, słyszę, jak wargi moje szepczą "Zdrowaś Maryjo"... Modlę się i ślę westchnienia stale, kiedy myśl nie jest zajęta czytaniem, pisaniem, malowaniem czy wierszem, który też staje się modlitwą.

Dziękuję za wszystko – że mam oczy, że słyszę, że mam zdrowe ręce, które tyle potrafią zrobić. Że mam serce... Że wierzę... Że Jesteś...

Modlitwa i cierpienie umocniły moją duszę i teraz cieszy się ona Chrystusową radością. Potrafię cieszyć się jak dziecko. Wszystkim...

Mówią, że radość, spokój i miłość emanują ze mnie. Promieniują na innych. To nie ja. To Pan Jezus w moim sercu... To prawda, jestem osobą szczęśliwą, radosną i tyle miłości we mnie... Tak dużo, że starcza dla nielicznych bliskich, licznych przyjaciół, znajomych i całkiem obcych. Tulę się i rzucam w ramiona wszystkim. Za drobny gest, uśmiech, dobre słowo, za nic...

Każdego roku, trzy letnie miesiące spędzam na działce w pobliżu Lichenia, gdzie znajduje się znane sanktuarium maryjne, las, jezioro, kwieciste łąki, chmury. Tyle kolorów i kształtów. Jak Bóg szczodrze nas obdarował... Zachwycam się, dziękuję i wielbię Pana. Za każdy listek, stokrotkę i drzewo. Najbardziej lubię chodzić do lasu po ciszę, po chwile z Panem. W lesie, w tej zielonej świątyni, jestem jakby bliżej Boga. Modlitwy, westchnienia, wzruszenia i łzy unoszą się do "góry".

Kończy się kolejne lato. Znów przez dziewięć miesięcy nie opuszczam mieszkania z powodu barier architektonicznych. Psychologiczne odeszły. Czuję się wybrana. Jestem z wózka dumna. Na wózku jestem osiemnaście lat... Te lata to ból, cierpienie, bezsenne noce, odleżyny, ceratki, moczenie, operacje... Ostatnio miałam już ósmą usunięcie nerki. Sama się dziwię, jak to wytrzymałam.

Czasem upadam. Na krótko. Zwinięta w bolesny kłębuszek, gorzko i krótko płaczę. Za chwilę umocniona modlitwą i wiarą, że cierpienie jest potrzebne, podnoszę się. Podnoszę i uśmiecham. Uśmiech przez łzy też jest piękny.

W 2000 roku miałam swój jubileusz. Dziesięć lat "nowego życia". Życia z Panem Jezusem. Z każdym rokiem coraz bardziej przybliżam się do Niego i z każdym rokiem bardziej Go pragnę.

Wszystko pisałam sercem. Dodam jeszcze, że tego nowego życia nie zamieniłabym na tamte, tak zwane "dobre"...

Jadwiga Adamczewska
(Warszawa)