|

W NUMERZE:
|
JEZU, NIE ZABIERAJ MI CIERPIENIA...
Byliśmy w Rzymie, także na środowej audiencji w Watykanie. Ojciec Święty
podszedł do mnie, przytulił i pobłogosławił. Moje serce zaczęło kruszeć.
Już wiedziałam, że Bóg jest. Uwierzyłam. Ciągle o Nim myślałam. Szukałam
Go. Tak, szukałam, tęskniłam, a On był przy mnie cały czas. Bałam się
spowiedzi. Bałam się księży. Bałam się, że nie otrzymam rozgrzeszenia.
Szukałam mądrego spowiednika. Przyszedł sam do pokoju sanatoryjnego, w
którym zmarł mój mąż. Wszystkie moje grzechy wypłakałam. Sutanna
proboszcza i mój ręcznik były mokre od łez. Stary proboszcz przytulił
mnie do siebie i moje kamienne serce w jednej chwili stało się sercem z
ciała. W duszy poczułam pokój, a w sercu radość. Urodziłam się na nowo.
Nawróciłam się.
Łaknęłam słowo Boże. Ktoś przyniósł mi Pismo święte, ktoś inny nauczył
modlić się na różańcu. Zaczęłam otrzymywać pisma i książki katolickie.
Mój głód słowa Bożego jest wielki. Z latami coraz większy.
Dobry Bóg kochał mnie cały czas. Długo, cierpliwie i z wielkim
miłosierdziem prostował drogę do Niego. Teraz myślę, że bardzo mnie
kocha, skoro tak mnie naznaczał i przez to wszystko przeprowadził,
...skoro nadal mnie naznacza i w cierpieniu każe żyć.
Żyję w środowisku ludzi, którzy wierzą, ale nie praktykują, wierzą
"letnio" bądź wcale. Ci ludzie początkowo drwili z mojego cudu
nawrócenia, śmiali się, naigrywali. Pytali, czy nie zwariowałam... Wtedy
jeszcze nie umiałam bronić mojej wiary, Pana Jezusa... Jedyną
odpowiedzią były łzy. Teraz moje życie jest świadectwem wiary.
Sprzedałam działkę z rozpoczętą budową. Otrzymane za nią pieniądze
ukradziono mi, a całe mieszkanie doszczętnie ograbiono. Zabolało. Mocno
zabolało. Następnie dwa poważne wypadki samochodowe. Auta do kasacji. Ja
cała. Już nie bolało. Tylko zadrapania bolały. Tak Bóg pozwolił odejść
mi od gromadzenia dóbr. Już nie jestem ich niewolnikiem. Nie gonię za
nimi. Jestem wolna. O co poproszę – otrzymuję...
Od momentu nawrócenia pracuję żmudnie nad sobą i powoli odchodzę od
grzechów, grzeszków i wad. Codziennie nawracam się i "brnę" w wiarę
coraz głębiej. Zrozumiałam, że Bóg uratował mnie od śmierci, dał
możliwość pokuty i szansę na życie wieczne. Zatem Bogu dziękuję za
wózek, już się go nie wstydzę.
Dziękuję też za ból, cierpienie, bezsenne noce i wszystkie dolegliwości.
Wiem, że wózek i wszystko, co z nim związane – to dar od Boga,
przywilej, "dziwne powołanie". Z pozycji wózka widzi się inaczej,
lepiej, głębiej, ostrzej. Myślę, że teraz rozumiem sens cierpienia,
dlatego mogę się na nie zgodzić, dlatego jest do udźwignięcia. Mało
tego, staram się je "przekuwać w miłość"...
Cierpię, może za moje grzechy, może za grzechy innych, może za jakąś
sprawę... Może po to, aby moja wiara była mocna. Bóg wie, dlaczego
cierpię, a ja godzę się na to i przyjmuję wszystko z pokorą. Cieszy się
moje serce. Chociaż trochę mogę cierpieć dla Jezusa...
Zauważyłam, że w dni, kiedy ból nie jest taki silny i tak rozległy, jak
zazwyczaj, zdarza mi się zwracać w stronę spraw doczesnych. Wtedy
proszę: Jezu, nie zabieraj mi cierpienia... Nie pozwól mi się znów
pogubić, oddalić.
Każdego dnia w modlitwie proszę o głęboką wiarę i wielką pokorę. Moją
najukochańszą modlitwą jest Różaniec. Dziesiątki, a nawet pojedyncze
koraliki komuś ofiarowuję, i ból, i cierpienie. Bezgłośnie, szeptem,
czasem głośno wymawiam: "Zdrowaś Maryjo"... Do Jej stóp zanoszę tyle
próśb, podziękowań, słów uwielbienia i przeprosin. Zdarza mi się
zasypiać z różańcem wtulonym w dłoń. Modlę się nieustannie. Modlę się i
pracuję. Pracuję i modlę się. Zauważyłam, że gdy ręce nie są zajęte,
składają się do modlitwy. Kiedy budzę się, słyszę, jak wargi moje
szepczą "Zdrowaś Maryjo"... Modlę się i ślę westchnienia stale, kiedy
myśl nie jest zajęta czytaniem, pisaniem, malowaniem czy wierszem, który
też staje się modlitwą.
Dziękuję za wszystko – że mam oczy, że słyszę, że mam zdrowe ręce, które
tyle potrafią zrobić. Że mam serce... Że wierzę... Że Jesteś...
Modlitwa i cierpienie umocniły moją duszę i teraz cieszy się ona
Chrystusową radością. Potrafię cieszyć się jak dziecko. Wszystkim...
Mówią, że radość, spokój i miłość emanują ze mnie. Promieniują na
innych. To nie ja. To Pan Jezus w moim sercu... To prawda, jestem osobą
szczęśliwą, radosną i tyle miłości we mnie... Tak dużo, że starcza dla
nielicznych bliskich, licznych przyjaciół, znajomych i całkiem obcych.
Tulę się i rzucam w ramiona wszystkim. Za drobny gest, uśmiech, dobre
słowo, za nic...
Każdego roku, trzy letnie miesiące spędzam na działce w pobliżu
Lichenia, gdzie znajduje się znane sanktuarium maryjne, las, jezioro,
kwieciste łąki, chmury. Tyle kolorów i kształtów. Jak Bóg szczodrze nas
obdarował... Zachwycam się, dziękuję i wielbię Pana. Za każdy listek,
stokrotkę i drzewo. Najbardziej lubię chodzić do lasu po ciszę, po
chwile z Panem. W lesie, w tej zielonej świątyni, jestem jakby bliżej
Boga. Modlitwy, westchnienia, wzruszenia i łzy unoszą się do "góry".
Kończy się kolejne lato. Znów przez dziewięć miesięcy nie opuszczam
mieszkania z powodu barier architektonicznych. Psychologiczne odeszły.
Czuję się wybrana. Jestem z wózka dumna. Na wózku jestem osiemnaście
lat... Te lata to ból, cierpienie, bezsenne noce, odleżyny, ceratki,
moczenie, operacje... Ostatnio miałam już ósmą usunięcie nerki. Sama się
dziwię, jak to wytrzymałam.
Czasem upadam. Na krótko. Zwinięta w bolesny kłębuszek, gorzko i krótko
płaczę. Za chwilę umocniona modlitwą i wiarą, że cierpienie jest
potrzebne, podnoszę się. Podnoszę i uśmiecham. Uśmiech przez łzy też
jest piękny.
W 2000 roku miałam swój jubileusz. Dziesięć lat "nowego życia". Życia z
Panem Jezusem. Z każdym rokiem coraz bardziej przybliżam się do Niego i
z każdym rokiem bardziej Go pragnę.
Wszystko pisałam sercem. Dodam jeszcze, że tego nowego życia nie
zamieniłabym na tamte, tak zwane "dobre"...
Jadwiga Adamczewska
(Warszawa)
|