|  Strona Główna  | NR 4(82)2002  | archiwum  |  indeksy  |  księgarnia  |  prenumerata  |  redakcja  |

W NUMERZE:


LA MOTTA

Praktyka bycia z drugim człowiekiem SCJ

"Do ,La Motty, prowadzą różne drogi. Znad jeziora lubiłam chodzić schodami w górę aż do głównej ulicy, później wąskimi przesmykami między kamienicami, potem wzdłuż potoku i przez kamienny most, dalej znów skręcałam w boczną furtkę, obok której zawieszony był szyld z napisem »La Motta«, a potem już wciąż w górę i w górę, po kamiennych schodach i schodkach, pomiędzy słodkimi figowcami i rozłożystymi palmami, stawiając stopy obok dzikich poziomek..., i tak aż do Rafael Unten. To był piękny spacer na przywitanie dnia."

Po trzecim roku studiów, w przerwie wakacyjnej – a był to koniec sierpnia – wyjechałam razem z grupą studentów na praktykę. Było nas jedenastu śmiałków. Docelowym miejscem naszej wyprawy było małe szwajcarskie miasteczko – Brissago, u stóp którego natura złożyła czyste zwierciadło Lagio Magiore. Jezioro wypełnia tam kotlinę otoczoną wysokimi górami, na stokach których wspięły się budynki mieszkalne, sklepy, pensjonaty, kafejki, kościoły i kaplice. I właśnie na jedną z tych skalistych ścian wdrapała się – i tak zawisła – "La Motta", antropozoficzny ośrodek dla upośledzonych fizycznie i psychicznie. Gdyby stanąć plecami do jeziora, u podnóża zbocza, i zwrócić twarz na północ, lekko unosząc przy tym głowę, nasze oczy mogłyby wypatrzyć wśród powodzi zieleni wysokich kasztanowców czerwone dachy i okiennice domów należących do "La Motty".

Trzy domy funkcjonują jako mieszkania dla przebywających tam podopiecznych. Dwa spośród nich podzielono na "Unten" i "Oben" (czyli dolny i górny). Jest jeszcze kuchnia ze stołówką oraz budynki zaadaptowane na różne warsztaty: tkacki, papierniczy i malarski, stolarski. Jest też warsztat przystosowany do piekarni (tu podopieczni pod okiem i z pomocą swoich opiekunów pieką chleb, bułki i pyszne ciastka) oraz duża sala do wspólnych spotkań (modlitewnych, świątecznych; w niej też odbywają się indywidualne i grupowe zajęcia z eurytmii oraz z kształtowania mowy).

Osoby przebywające w placówce tworzą pięć grup – w pewnym sensie odrębnych społeczności – w których poziom niesprawności w trzech sferach: umysłowości, fizyczności i psychiki wahał się od upośledzenia umiarkowanego do bardzo głębokiego. Ja trafiłam do Rafael Unten, gdzie podopieczni w dużym stopniu byli samodzielni i komunikatywni. Siedem osób – Daniela, Bea, Gabi, Andrew, Danielle, Walter i Max – było jego mieszkańcami.

Życie w Rafael Unten

Każda grupa żyła i funkcjonowała według własnego rytmu, realizując swój tygodniowy plan (był szczegółowo rozpisany i wywieszony na tablicy; stanowił duże ułatwienie dla nas, praktykantów, a także dla samych podopiecznych), skoordynowany z działaniami całego ośrodka. Oprócz codziennych zwykłych praktyk, typu: poranna toaleta, przygotowanie i spożycie śniadania, sprzątanie domu, czas przed południem i po południu wypełniała terapia – warsztaty zajęciowe w grupach lub indywidualna. Jej celem były: maksymalna, na miarę możliwości, aktywizacja podopiecznych do samodzielności oraz działania integracyjne w poszczególnych grupach, jak i poza nimi.

Przez dwa tygodnie mieliśmy możliwość uczestnictwa w pracy ośrodka. Zostaliśmy przydzieleni do poszczególnych grup i rozpoczęliśmy praktykę, która chyba we wszystkich budziła pewne obawy i niepokój. Zwłaszcza na początku było trudno. W czasie pierwszych posiłków spożywanych wspólnie z podopiecznymi jedzenie dosłownie "stawało nam w gardle". Nie wiedzieliśmy, jak reagować na podopiecznych i ich, jakże zaskakujące zachowania przy stole, np.: plucia, krzyki, napady agresji, dziwne spojrzenia i wiele innych. Trudno też było znaleźć jakieś miejsce dla siebie wśród pracowników, tak aby nie mieć poczucia, że jest się dodatkowym ciężarem.

Właśnie wtedy spontanicznie powstała "grupa wsparcia" – spotykaliśmy się wszyscy wieczorem i omawialiśmy wydarzenia całego dnia. Wszystko, co nas poruszyło, zaskoczyło, wzbudziło jakieś emocje, stawało się tematem rozmów. Ta wymiana doświadczeń, przede wszystkim zaś głośne mówienie o nich, pozwalała na większą świadomość uczuć, które bezpośrednio z nich płynęły oraz kształtowały naszą postawę wobec osób mieszkających i pracujących w ośrodku. Wspólne spotkania były wielką pomocą dla każdego z nas.

Obrazy mojej pamięci

Pierwsze spotkanie z mieszkanką "La Motty" – Susan – nie było dla mnie miłe. Widząc mnie, wyraziła swoje niezadowolenie krzykiem i całą sobą – mocno gestykulując rękoma, z grymasem na twarzy, pomrukami niezadowolenia. Ostatecznie odwróciła się na pięcie i poszła w swoją stronę. Czułam się wtedy okropnie. Jednak w miarę upływu czasu Susan stała się bardziej łaskawa dla mojej osoby (czasem tylko obrzucała mnie podejrzliwym, pogardliwym wzrokiem). Miałam okazję przekonać się, że była osobą z natury awanturniczą, często się obrażała i łatwo ją było urazić. Dzisiaj uśmiecham się, wspominając to spotkanie.

Bea i Gabi – "maskotki" Rafael Unten – to dwie najbardziej pocieszne istoty w całym ośrodku. Zarówno Beatrice, jak i Gabriel, osoby z zespołem Dawna, należeli do ulubieńców nas wszystkich – praktykantów. Bardzo sympatyczne były spotkania z nimi. I choć język niemiecki, którym się posługiwali, brzmiał w ich ustach dla mnie często niezrozumiale, uśmiech, mimika, intonacja głosu, gesty ciała pokonywały barierę językową i nie przeszkadzały w porozumieniu, przekazaniu intencji, uczuć. Pamiętam sytuację przy śniadaniu, moją wymianę zdań z Beatrice na temat upodobań smakowych odnośnie do miodu i coca-coli. Ja mówiłam do niej w języku polskim, a ona w "swoim" języku. Z tego krótkiego, międzynarodowego dialogu dowiedziałam się, że Bea lubi miód i kocha coca-colę, a ona dowiedziała się, że ja bardzo lubię miód, natomiast nie przepadam za coca-colą. Gabi lubił bardzo naśladownictwo i świetnie mu to wychodziło, zwłaszcza różne miny. Oboje byli bardzo muzykalni i mieli dobre wyczucie rytmu. Bea nawet grała na gitarze, tzn. uderzała rytmicznie w struny, a ja zmieniałam chwyty. Gabi towarzyszył nam z tamburynem, bębenkiem lub grzechotką. Bea czasem też "śpiewała". Walter – mój wierny towarzysz – był najmłodszym mieszkańcem Rafael Unten. Dodatkowym jego schorzeniem, sprzężonym z występującymi zaburzeniami, był autyzm (właściwie cechy autystyczne). Napisałam o nim jako o wiernym towarzyszu, dlatego że rzeczywiście często szukał mojego towarzystwa. Zaczepiał mnie i angażował do oglądania książki z licznymi zdjęciami tamtejszego miasteczka i okolic lub do oglądania atlasu ze zwierzętami. To były jego ulubione książki. Poświęcałam mu dużo uwagi i czasu. Niekiedy pozwalałam się prowadzić za rękę i patrzyłam w kierunku, który wskazywał palcem. Mówiłam do niego po polsku (próbowałam po niemiecku i francusku), ale Walter wydobywał z siebie tylko jedno "słowo" – "ete", zmieniało się tylko natężenie jego brzmienia. Zajmowałam się także toaletą i higieną osobistą Waltera, ponieważ potrzebował przy tym pomocy:, zakładanie pampersa, załatwianie potrzeb fizjologicznych mycie, kąpiele (pamiętam, że gdy pierwszy raz myłam mu zęby, najadłam się strachu – Walter zamiast wypluwać wodę, którą płukał usta, połykał ją; dopiero rozmowa ze stałym pracownikiem-opiekunem o tej reakcji uspokoiła mnie). Wiele mogłabym jeszcze wydobywać z pamięci obrazów, które powstały w czasie tej praktyki, lecz papier i słowa stanowią duże ograniczenie dla tego, co kryją myśli i czuje serce.

Pragnę na koniec zacytować słowa, pod którymi sama się podpisuję. Napisane są przez człowieka, któremu również dany był ten czas praktyki:

"... im bliżej było do powrotu, tym większa rodziła się w nas wszystkich ochota, aby pozostać z ludźmi, którzy tak wiele nam dali i tak wiele nas nauczyli – pomimo swojej choroby. Więź, jaka zrodziła się z podopiecznymi, trudna jest do opisania; jedyne, co jeszcze odczuwamy – to uczucie ciepła gdzieś w okolicy serca".

"Do »La Motty« można się było dostać także krętą drogą asfaltową, obfitującą w cudowne widoki krajobrazu. Jeśli ktoś miał dużo czasu, albo się nie spieszył, mógł pójść kamienną alejką wysoko, w górę potoku, a później przejść przez stalowy pomost, by następnie zwiedzić leśną ścieżynę, schodzącą w dół do ośrodka. Lecz na tej drodze istniało kilka "niebezpieczeństw".

Po pierwsze – kamienna alejka prowadziła również do zawieszonego nad potokiem kościoła. Drugim niebezpieczeństwem było rozwidlenie tejże alejki, prowadzące dokładnie w przeciwnym kierunku do miejsca, gdzie położony był ośrodek. Wreszcie, niemalże nie do odparcia pokusę stanowił potok – jego szum – który swoim sprytem doskonale przechytrzał wszelkie kamienne przeszkody, znajdując ujście dla spiętrzonej wody. Ten wodny "łoskot" tworzył wokół swoistą ciszę. Siedząc w potoku, w tym kamiennym korytarzu wypełnionym aż po brzegi ciszą, można było usłyszeć głos duszy".

Ewa Bajda