![]() |
|
|
| Strona Główna | NR 4(82)2002 | archiwum | indeksy | księgarnia | prenumerata | redakcja | |
|
|
W NUMERZE:
Ksiądz prof. dr hab.
Stanisław Nagy,
sercanin, urodzony 30 września 1921 roku. Święcenia kapłańskie przyjął 8
lipca 1945 roku. Emerytowany profesor Katolickiego Uniwersytetu
Lubelskiego, przewodniczący Rady Naukowej Instytutu Jana Pawła II w
Lublinie, współpracownik wielu instytutów naukowych w Polsce i za
granicą, wieloletni członek Międzynarodowej Komisji Teologicznej. Autor
licznych publikacji naukowych. |
OJCIEC ŚWIĘTY WZYWA wywiad z ks. prof. Stanisławem Nagym SCJ Papież świata Księże Profesorze, zacznę od osobistej refleksji pierwszego doświadczenia obecności Ojca Świętego w Polsce. Byłem uczniem siódmej klasy szkoły podstawowej, jednak zapamiętałem bardzo dobrze homilię na Placu Zwycięstwa. Pamiętam ten doniosły głos wołający: "Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi! Tej ziemi!". No i przyszedł wicher, potężny wicher Ducha. Dziś mamy perspektywę 23 lat od czasu, kiedy ów wicher przeszedł przez oblicze tej ziemi, i Ojca Świętego, który już takim mocnym głosem nie jest w stanie zawołać. Jednak wydaje mi się, że chociaż nie może zawołać tak doniosłym głosem, to – paradoksalnie – wołanie to może być jeszcze donioślejsze. – Ja bym może poszerzył tę całą sprawę. Poszerzył o ramy Kościoła powszechnego i rolę, jaką w nim Ojciec Święty odgrywa. To dlatego, że stosunek do Kościoła polskiego i to, co dla niego Ojciec Święty zrobił, ma swoisty koloryt. Ściśle się on wiąże z kolorytem ogólnokościelnym, ale mimo wszystko ma swoisty odcień. Papiestwo w wydaniu Jana Pawła II już dzisiaj dokonało rewolucji w Kościele. Jan Paweł II ze swoim przeszło milionem kilometrów, z ziemią objechaną wzdłuż i wszerz, z mówieniem do katolików i niekatolików, z mówieniem o wszystkim, co boli człowieka i zagraża człowiekowi, jest papieżem urzędującym już nie tylko w Watykanie, choć i tam po swojemu sprawuje swoją rolę, ale papieżem po Bożemu urzędującym na całym obrębie świata. Zawsze jest tym samym papieżem, wykonującym swoje posłannictwo. W tym celu przyjeżdżał i przyjeżdża do Kościoła polskiego. To był cel główny, to był cel mieszczący się w tym ogólnym nastawieniu, aby prymat przemienić z urzędowania w apostołowanie, umacnianie braci wszędzie tam, gdzie są, w obecność Ojca Świętego na całym świecie chrześcijańskim, wsłuchiwanie się w świat, mówienie do tego świata jego językiem, jego sprawami i jego potrzebami. W tym celu przyjeżdżał papież do nas, do Polski. Stąd trzeba widzieć tę ogromną perspektywę tego pontyfikatu, i w niej przede wszystkim widzieć naszą narodową przygodę z papieżem. Pielgrzymka, na którą oczekujemy, zawiera w sobie dwa pierwiastki: powszechności i specyficznej polskości. Oczekujemy przecież, że Ojciec Święty przybędzie, aby jeszcze głośniej zabrzmiało orędzie Bożego Miłosierdzia, które jest obecnie najbardziej oczekiwanym orędziem na świecie. Jednocześnie orędzie to wychodzi z polskiej ziemi, z ziemi krakowskiej, ze stolicy Stanisława Biskupa i ze stolicy jego następcy na tym tronie biskupim – kard. Karola Wojtyły. – Pogląd ten jest nieco zacieśniony, będący jednym z elementów tych polskich pielgrzymek, tego "papieżowania". Na gruncie zapotrzebowania, ażeby umacniać braci, ten papież – nie można o tym nigdy zapominać – jest rozkochany całym sercem i całą duszą zanurzony swoją świadomością w polskości, w historii, w myśli, poezji, także i w tym przepięknym krajobrazie – w tym, co najpiękniejsze w Polsce. Papież z potrzeby serca także musiał przyjeżdżać do Polski. Ale owa potrzeba, potrzeba właściwie pojętego prymatu papieskiego, była potrzebą nadrzędną. Tym nie mniej bardzo silne pragnienie polskiego, gorejącego serca, które wiedziało, że tam, gdzieś daleko – jak powiedział na początku – są jego bracia i siostry. Ojciec Święty używa tych słów po to, aby podkreślić, że jest jednym z nas, że nas rozumie, i co najważniejsze, że się głęboko troszczy o nasz naród. I z tej potrzeby, z tej drugiej, niejako wtórnej – potrzeby serca, przyjeżdża do Polski. Po co przyjeżdża? Tu dotykamy jednego z problemów, który dotyczy polskiego papieża i polskiego narodu. Polega on na tym, że naród ten jest – niestety – nie dość mądry, nie dość dobrze odczuwający, odbierający i rozumiejący ogromne rozmiary, jakie posiada polski papież w jego historii. Jeżeli będzie pisana kiedyś historia świata, to przy Polsce będzie pisane o Koperniku, Szopenie, może jeszcze i o Wałęsie, ale złotymi zgłoskami zostanie napisana historia Karola Wojtyły – historia polskiego papieża. A zostanie zapisana nie tylko dlatego, że "udało" mu się osiągnąć najwyższą rangę w Kościele katolickim, ale dlatego, że dokonał w tym Kościele wielkich, ogromnych rzeczy. Przyjeżdża do Polski, do jego miasta, do miasta jego serca, ale przede wszystkim do miasta Bożego Miłosierdzia, które dzisiaj staje się światową stolicą tego nabożeństwa. Przyjeżdża po to, by niejako położyć stempel pod tym, co już wzbudził w Kościele, a czego wyrazem są pielgrzymki zdążające do Łagiewnik. Kraków stanie się już nie tylko Krakowem Wawelu, Skałki, ale stanie się wielkim centrum, a które będzie nosiło nazwę Kraków Łagiewniki, centrum Bożego Miłosierdzia. To będzie ostatni krzyk tego pełnego polskości serca do Polaków, ale i również do całego świata: "Wierzcie i żyjcie Miłosierdziem Bożym, bo przyszedł czas na zmiłowanie Boże!". Dramat Ksiądz Profesor mówił o polskim sercu papieża, o pielgrzymowaniu do kraju, w którym mieszkają jego bracia i siostry. Jeśli pamiętam, to chyba tę wspólnotę serc najbardziej mogliśmy odczuć, gdy Polska była pod rządami komunistów i panował stan wojenny. Ale upłynęło parę lat i nie zapomnę tego dramatycznego widoku i dramatycznego tonu Ojca Świętego z przemówienia w Kielcach, kiedy przyjechał do tych samych braci i sióstr, ale jakże innych. Wydawało mi się, że ta wspólnota serc została dość poważnie wstrząśnięta w swoich podstawach, kiedy to nasz rodak dopominał się o swoją Matkę, o Ojczyznę. I kiedy powiedział: "Jeśli tak mówię, to dlatego, że jest to moja Matka i ja ją kocham". Czy nie sądzi Ksiądz Profesor, że tam zarysowało się dramatyczne "pęknięcie", które w niektórych wymiarach z biegiem czasu chyba zaczęło się pogłębiać. Czy nie powinniśmy sobie zrobić rachunku sumienia z tych papieskich słów? – Wiąże się to z dramatem, który rozegrał się w ciągu prawie 25 lat między narodem polskim a papieżem, który wyszedł z tego narodu. Nauczanie Ojca Świętego, które urosło do prawdziwej "księgi narodu", i było treściowo bardzo zróżnicowane, miało jedną wspólną cechę. A mianowicie była to próba dopasowania treści orędzia papieskiego do potrzeb polskiego narodu, ukochanej swojej ojczyzny. Dlatego też każda pielgrzymka ma swój własny koloryt. Koloryt, który – niestety – składa się na ten dramatyzm w stosunku Polaków do papieża Polaka. A to wspomniane przemówienie miało oprawę bijących piorunów, grzmotu i burzy, którą papież chciał przekrzyczeć, idąc za swoim zbolałym sercem, w którym wołał w obronie swojej Matki-Ojczyzny. Przemówienia te powstawały na klęczkach przed Najśw. Sakramentem, w modlitwie i w konsultacji z tymi, którzy o narodzie wiedzieli najwięcej. Mamy prawo do świętej dumy z tego tytułu, że w domu ojczystym był najwięcej razy. Ale mamy też – niestety – tragiczne prawo do ciężkiego wstydu z powodu tego, cośmy zrobili z tym wielkim posłaniem, z którym jeżeli byłoby wysłuchane, zamienione w czyn, Polska znajdowałaby się znacznie gdzie indziej, aniżeli się znajduje. Czyja to wina? Pan Bóg rozstrzygnie. Ale my, kapłani, i my, Kościół polski – kto wie – czy nie mamy specjalnego tytułu, aby uderzyć się w pierś? Pamiętamy dramatyczny ton przemówienia w Kielcach. Mija następnych kilka lat. Przyjeżdża Ojciec Święty, wysiada z samolotu na lotnisku we Wrocławiu. Pada deszcz, jest zimno, a Ojciec Święty powiedział niezwykle ciepłe słowa, które – tak myślę – musiały ująć serca każdego czującego po polsku. Powiedział: "Ten przyjazd jest jak powrót pod rodzinną strzechę". Nie wiem, czy zdążyliśmy w tym czasie, który upłynął od przemówienia w Kielcach, do czasu wypowiedzenia tych słów we Wrocławiu na tyle uporządkować pod tą "strzechą", ułożyć rzeczy, ażeby zasłużyć na tak ciepłe słowa. Jak Ksiądz Profesor sądzi, skąd się wzięła ta zmiana tonu, czy rzeczywiście była to zmiana tonu? – Była to zmiana tonu, która mnie osobiście zaskoczyła. Różne były czynniki, które ją podyktowały. Jednym z nich, zdaje się, było to, że dobremu papieżowi, kochającemu głęboko swój naród, rozumiejącemu, że temu narodowi nie jest łatwo, było przykro, że powiedział w poprzedniej pielgrzymce tak bardzo cierpkie słowa. Mimo że pod tą "strzechą" porządku nie zrobił, chciał jeszcze raz, uderzając w tony dobroci, tak bliskie jego sercu, do tego narodu przemówić i może w ten sposób, zwłaszcza opierając się na tajemnicy będącej ucieleśnieniem całego chrześcijaństwa, tajemnicy nasyconej bez miary miłością. Miał nadzieję, że dobre zagospodarowanie wolności da się zrealizować. Byłby jeszcze jeden element, który mógł zadziałać: sama ontologiczna treść Sakramentu Świętego, z którym przyszedł, i w który się włączył. Był przecież Kongres Eucharystyczny. A Sakrament, który jest uosobieniem dobroci, poprzez który Bóg idzie wszędzie, do każdego zakamarka życia ludzkiego, niesie dobroć, miłość i przebaczenie. Jeżeli miał papież włączyć się w rytm Sakramentu, nie mógł mówić inaczej, jak tylko w tym tonie dobroci i przypominania o miłości. Papież cierpienia Chciałbym, abyśmy przeszli bezpośrednio do wydarzenia, które nas tak niedługo czeka. Utrudzony 24-letnim posługiwaniem na Stolicy Piotrowej, Ojciec Święty podejmuje trud, żeby właśnie – jak to Ksiądz Profesor wspomniał – ofiarować światu orędzie Bożego Miłosierdzia. Widzimy wszyscy, że trud zostawił już bardzo wyraźnie ślady na Ojcu Świętym. Jest to wielkie świadectwo, wielkie wyzwanie wobec mentalności współczesnego świata. Świata, który zatapia się w kulcie sprawności fizycznej, kulcie zdrowia fizycznego, wyglądu, natomiast w środku bywa pusty jak dzwon. Czy słaby fizycznie papież nie jest jeszcze wyrazistszy w dawaniu świadectwa, w wielkości Bożego zmiłowania nad człowiekiem? – Na pewno Ksiądz wie, że stawiając taką tezę staje w kolizji z opinią wielu ludzi na Zachodzie, a może i nie tylko na Zachodzie, którzy uważają, że tak wspaniały "mechanizm", jakim jest Kościół, zwłaszcza Kościół rzymskokatolicki, zasługuje na to, by mógł być kierowany przez bardziej sprawnego "dyrygenta" aniżeli przez 82-letniego starca, doświadczonego różnymi chorobami, zwłaszcza ostatnią, tak bardzo ewidentną, tak bardzo dotykalną, tak bardzo czyniącą go współbratem chorych, jeżdżących na wózkach, leżących na łożach i cierpiących. Ma Ksiądz rację. Świat coraz to bardziej widzi ów sens w bezsensie choroby. Sens kierowania Kościołem z krzyża i na krzyżu, uwierającym ramiona, wykrzywiającym usta, każącym zaciskać zęby, z krzyżem, który niosą nasi chorzy, do których się zwracamy. Okazuje się, że w wyrokach Bożych ten bezsens, jakby się wydawało, jest właśnie głębokim sensem polegającym na tym, że Kościół jest tak bardzo inną sprawą, że może nim kierować także ktoś, kogo trzeba wozić, którego nogi są już niesprawne, który przeżył tyle bólu i który już był prawie po drugiej stronie. Właśnie dlatego wszyscy cierpiący, leżący na krzyżu, leżący na łożach mają prawo do świętej dumy, że jeden z nich jest głową ziemskiego Kościoła, tym Kościołem kieruje i rządzi. Pan Bóg chce tego i on też tego chce, spełniając wolę Bożą i wiedząc, że chrześcijaństwo jest jedyną religią, która ma moc przemienienia cierpienia w zwycięstwo, bólu w triumf, tego, co męczy, w to, co daje siłę sobie i innym, i Kościołowi. Zatem Wy, Chorzy, macie specjalny przywilej do przeżywania tej bytności Ojca Świętego w Krakowie Łagiewnikach, z tego przede wszystkim tytułu, że tu przyjedzie wielki chory tego świata, a równocześnie następca św. Piotra, wielki cierpiący, a równocześnie Namiestnik Kościoła, wieli Wasz brat, a równocześnie papież Jan Paweł II. Miłosierdzie Boże W kontekście cierpienia znoszonego przez papieża, jego sensu odkupieńczego, próbujemy dotknąć tajemnicy Bożego Miłosierdzia. Przypuszczamy, że Ojciec Święty chce, aby zabrzmiało po najdalsze krańce właśnie stąd, z Krakowa. – Tajemnica Miłosierdzia Bożego jest tajemnicą "nadbudowaną" na tajemnicy Najśw. Serca Jezusowego. Między tymi tajemnicami są głębokie związki, ale i poważne różnice. Zacznę o związkach. Właściwie jest jeden, podstawowy, sięgający w samą istotę Boga, który jest Bogiem Miłości. Chrześcijaństwo od samego początku wiedziało, że Bóg z miłości odkupił, podjął to wszystko, co dla człowieka zdziałał. Potem w trakcie historycznego rozwoju skoncentrowano się na innych aspektach bogactwa chrześcijańskiego: tajemnicy synostwa Bożego Jezusa Chrystusa, tajemnicy Trójcy, tajemnicy Ducha Świętego. A potem tajemnica odkupienia związana była z bolesnym doświadczeniem o nazwie protestantyzm, a w czasach nowożytnych z deizmem, który Boga traktował jako architekta, wspaniale stwarzającego świat, ale zostawiającego go potem samemu sobie, przestającego się nim interesować. Na to przyszła odpowiedź. Dokonało się to w dramatyczny sposób poprzez objawienia św. Małgorzaty Marii. Chrystus, w którym ta miłość jak na transparencie ukazała się w niemal dotykalny sposób, nie tylko mówi, że kocha, ale że liczy na ludzką wzajemność, bo przecież miłość bez wzajemności jest okaleczoną miłością. Bez oddawania Bogu miłości za miłość ta ludzkość, chrześcijańska nawet, znajdowała się w stanie tego właśnie okaleczenia. Losy ludzkości toczyły się dalej, doszły do nowych czasów. Do czasów spiętrzenia, już nie tylko pobłądzenia, ale do czasów rozlania się straszliwego spustoszenia grzechu i zła, które godziło w straszliwy sposób w Boga, Boga miłującego, ale również godziło i wyniszczało człowieka, bo nie może być inaczej z grzechem. Wtedy właśnie przychodzi polska święta, proste dziewczę z polskiej prowincji, prawie niewykształcona, a jakże oświecona przez samego Pana Jezusa. Jest przede wszystkim nasycona prawdą, która tamtą prawdę o Bogu, który jest Miłością, ubogaca jeszcze o jeden, jakże ogromnie ważny aspekt w kontekście tego rozlania się grzechu, w jakim obecnie żyjemy. Cóż bowiem mówi Miłosierdzie Boże? Miłosierdzie Boże mówi po pierwsze – że człowiek, który chce się odwrócić od złego, jest kimś, kto zadał miłującemu Ojcu bolesny cios niewdzięczności. Jednak miłosierny Bóg, powodowany swoją miłością, o tym zadanym ciosie zapomina, choć w Niego został skierowany. Ale pozostała jeszcze druga sprawa tych bolesnych ran w człowieczeństwie, jakie grzech spowodował. Bóg miłosierny te rany zadane przez grzech w człowieku uzdrawia po to, ażeby ten człowiek mógł coraz to bardziej stawać się nowym człowiekiem, podobnym do swojego starszego brata Chrystusa. Właśnie w tym wyraża się miłosierdzie: Bóg zapomina o swojej zniewadze, ale równocześnie pamięta i wie dobrze o tym, jak bardzo tą zniewagą człowiek zniszczył samego siebie i jak bardzo jest niezdolny do tego, ażeby odbudować w sobie to, co dobre. Dlatego bierze sam na siebie wielkie dzieło odbudowy, którego symbolem jest krzyż i męka. Bóg na własnych ramionach wynosi z tej sytuacji poranioną owieczkę, aby mogła pójść w Jego objęcia zdrowa i zbawiona. Jeżeli tak jest, że prosta, polska dziewczyna potrafiła tak głęboko wniknąć w tę istotną tajemnicę miłości miłosiernej, tak trafnie ją na dzisiejsze czasy objawić, to jakże jest to równocześnie głęboko ewangeliczne, i jakże to głęboko patrystyczne. Przypominają mi się słowa św. Ireneusza: "Chwałą Boga człowiek żywy". Tak, Bóg zapomina o swojej zniewadze jako Bóg miłosierny. Jednak na tym nie kończy. Idąc po linii powiedzenia św. Ireneusza, chce człowieka mieć dobrym, chce go zbawić, mimo że wielokrotnie wyrywa się on z Jego dłoni, raniąc swoje własne ciało, swoją własną istotę. On przez krzyż i swoje własne cierpienie dokonuje przemiany cierpienia ludzkiego w tryumf zmartwychwstania, w tryumf odzyskanego w pełni człowieczeństwa. Serdecznie dziękuję Księdzu Profesorowi za rozmowę.
|