|

W NUMERZE:
|
POWSTAWANIE
Cieszę się, że mogę podzielić się z Wami kilkoma wrażeniami z dalekiego Kamerunu, gdzie pracuję. To, że zwracam się do Czytelników "Wstań", ma specjalne znaczenie. Otóż kilka dni temu, 20 kwietnia, miałem okazję uczestniczyć w święceniach kapłańskich naszych trzech młodych, afrykańskich współbraci. Na szczególną uwagę zasługuje fakt, że jeden z nowo wyświęconych kapłanów, ks. Josué Fosso, jest kaleką od dzieciństwa...
Josué znam od 1995 roku, kiedy to przybył z nowicjatu do naszego
seminarium w Ngoya koło Yaoundé. Wszyscy podziwialiśmy jego wolę w
codziennym przezwyciężaniu ułomności i setek problemów z tym związanych.
Dziś jest kapłanem. Osobiście byłem dla niego nie tylko współbratem ze
wspólnoty, profesorem teologii, ale również powiernikiem i doradcą w
wielu sprawach. Nawiązała się miedzy nami przyjaźń, dzięki której mogę
napisać tych kilka słów o Josué i jego codziennym "powstawaniu"...
Josué urodził się w 1967 roku na zachodzie Kamerunu, w plemieniu
Bamileké. Gdy miał półtora roku, powaliła go choroba Heine-Medina. Josué
nie mógł chodzić. Przemieszczał się, "pełzając" po ziemi. Jednak jak
tylko mógł, starał się uczęszczać do szkoły. W czasie Mszy św.
prymicyjnej pierwszego księdza z jego wioski zapragnął zostać kapłanem.
Niestety, usłyszał: "Kaleka nie może być księdzem!". Był to dla niego
wielki cios.
W tym czasie spotkał księdza Bernarda Groux, sercanina, który zajmował
się młodzieżą znajdującą się w trudnej sytuacji. Dzięki misjonarzowi
przeszedł najpierw specjalną operację wyprostowania stóp, by następnie
móc założyć specjalny aparat, pozwalający trzymać się prosto i poruszać
za pomocą kul (od pasa w dół jego ciało było bezwładne). Zabieg się udał
i Josué po raz pierwszy "powstał". Już nie musiał się czołgać, mógł
poruszać się samodzielnie. Ta nowa sytuacja pozwoliła mu kontynuować
szkołę. Równocześnie udzielał się w rożnych grupach parafialnych, a wraz
z księdzem Bernardem dla kalekich młodych ludzi założyli grupę "Tęcza".
Celem grupy była przede wszystkim praca nad kalekimi, aby wzięli się w
garść, mogli zacząć pracować i zaniechać żebractwa i pasożytnictwa.
Jednakże myśl o kapłaństwie nie opuszczała Josuégo. Pewnego dnia
powiedział o tym księdzu Bernardowi. Ten odpowiedział, że jego kalectwo
nie jest przeszkodą do kapłaństwa i dlatego Księża Sercanie mogą go
przyjąć. Ta nowina była dla niego drugim "powstaniem". Oczywiście
wyzwanie było wielkie, droga długa i niepewna. Ale Josué zmobilizował
się. Niestety, jego jeszcze pogańska rodzina sprzeciwiała się tym
zamiarom. Według tradycji, jego obowiązkiem jako najstarszego z dzieci
jest małżeństwo, zapewnienie potomstwa, opieka nad młodszymi braćmi i
siostrami. Jeśli się tego nie podejmie, rodzina się go wyprze. Josué,
mimo licznych gróźb, wybrał jednak życie zakonne. Było to dla niego
trzecie "powstanie". Warto jednak wiedzieć, że w Afryce ignorowanie
tradycji przodków grozi bowiem nawet śmiercią. Tylko nieliczni mają
odwagę przeciwstawić się.
Dzięki silnej woli przeszedł z sukcesem, choć nie bez problemów,
wszystkie stopnie formacji zakonnej i kapłańskiej: propedeutykę,
postulat, nowicjat, studia filozofii i teologii – w sumie 10 lat – tyle
bowiem u nas trzeba czasu, by zostać kapłanem. 20 kwietnia 2002 roku
jego marzenie się spełniło. Było to czwarte "powstanie".
Piątym "powstaniem" było pojednanie się z rodziną, która stopniowo
zaczęła godzić się z jego decyzją. Byłem tego świadkiem podczas prymicji
w rodzinnej wiosce. Rodzice Josuégo, wobec licznie zgromadzonej
ludności, wręczyli mu na znak pojednania tradycyjne "drzewo pokoju".
Była to ceremonia bardzo wzruszająca i została nagrodzona gromkimi
brawami.
Wrócę jeszcze do uroczystości święceń w katedrze w Nkongsamba. Tego
dnia, oprócz Josuégo, sakrament kapłaństwa otrzymało dwóch naszych
sercańskich diakonów. Ceremonia nabrała specjalnego charakteru dzięki
Josuému. Na twarzach wielu osób zgromadzonych w katedrze na widok
kandydata do święceń posuwającego się do ołtarza o kulach wśród dwóch
zdrowych współbraci pojawiło się wielkie zdziwienie. "Jak to, kaleka
księdzem?" Wszyscy byli przyzwyczajeni widzieć w czasie święceń młodych,
zdrowych, pięknych młodzieńców, a tu kaleka z kulami, któremu trzeba
było pomagać przy klękaniu... Jednakże kiedy biskup nałożył na niego
ręce i ucałował na znak pokoju, w katedrze rozległ się krzyk podziwu i
radości. Wielu z szacunkiem schyliło głowę przed Josuém. Było to jego
szóste "powstanie".
Tego dnia w katedrze zebrała się również duża grupa kalekich ludzi. To
było także ich święto. Ci młodzi, często opuszczeni przez wszystkich,
których większość się wstydzi, z którymi nikt się nie liczy, mieli
specjalnie wydzielone miejsce w katedrze, bo jeden spośród nich
przyjmował sakrament kapłaństwa. W ciągu trzech godzin Liturgii
zapomnieli o codzienności, problemach, upokorzeniach. Byli przeniesieni
na wyżyny szczęścia. Trzeba było widzieć ich dumę, uniesienie. To było
siódme "powstanie" Josuégo – jego dar dla tych, których świat odstawił
na bok.
W tym dniu w jakiś szczególny sposób zrealizowała się wśród nas
Ewangelia Chrystusowa, dzięki temu, że ksiądz Josué Fosso, sercanin,
odważył się odpowiedzieć na wołanie Pana: "Wstań". Niech przykład
księdza Josuégo zmobilizuje do "powstania" tych wszystkich, dla których
życie wydaje się w taki czy inny sposób trudne...
Ks. Stanisław Wawro SCJ
|