|  Strona Główna  | NR 4(82)2002  | archiwum  |  indeksy  |  księgarnia  |  prenumerata  |  redakcja  |

W NUMERZE:


POWSTAWANIE

Cieszę się, że mogę podzielić się z Wami kilkoma wrażeniami z dalekiego Kamerunu, gdzie pracuję. To, że zwracam się do Czytelników "Wstań", ma specjalne znaczenie. Otóż kilka dni temu, 20 kwietnia, miałem okazję uczestniczyć w święceniach kapłańskich naszych trzech młodych, afrykańskich współbraci. Na szczególną uwagę zasługuje fakt, że jeden z nowo wyświęconych kapłanów, ks. Josué Fosso, jest kaleką od dzieciństwa...

Josué znam od 1995 roku, kiedy to przybył z nowicjatu do naszego seminarium w Ngoya koło Yaoundé. Wszyscy podziwialiśmy jego wolę w codziennym przezwyciężaniu ułomności i setek problemów z tym związanych. Dziś jest kapłanem. Osobiście byłem dla niego nie tylko współbratem ze wspólnoty, profesorem teologii, ale również powiernikiem i doradcą w wielu sprawach. Nawiązała się miedzy nami przyjaźń, dzięki której mogę napisać tych kilka słów o Josué i jego codziennym "powstawaniu"...

Josué urodził się w 1967 roku na zachodzie Kamerunu, w plemieniu Bamileké. Gdy miał półtora roku, powaliła go choroba Heine-Medina. Josué nie mógł chodzić. Przemieszczał się, "pełzając" po ziemi. Jednak jak tylko mógł, starał się uczęszczać do szkoły. W czasie Mszy św. prymicyjnej pierwszego księdza z jego wioski zapragnął zostać kapłanem. Niestety, usłyszał: "Kaleka nie może być księdzem!". Był to dla niego wielki cios.

W tym czasie spotkał księdza Bernarda Groux, sercanina, który zajmował się młodzieżą znajdującą się w trudnej sytuacji. Dzięki misjonarzowi przeszedł najpierw specjalną operację wyprostowania stóp, by następnie móc założyć specjalny aparat, pozwalający trzymać się prosto i poruszać za pomocą kul (od pasa w dół jego ciało było bezwładne). Zabieg się udał i Josué po raz pierwszy "powstał". Już nie musiał się czołgać, mógł poruszać się samodzielnie. Ta nowa sytuacja pozwoliła mu kontynuować szkołę. Równocześnie udzielał się w rożnych grupach parafialnych, a wraz z księdzem Bernardem dla kalekich młodych ludzi założyli grupę "Tęcza". Celem grupy była przede wszystkim praca nad kalekimi, aby wzięli się w garść, mogli zacząć pracować i zaniechać żebractwa i pasożytnictwa.

Jednakże myśl o kapłaństwie nie opuszczała Josuégo. Pewnego dnia powiedział o tym księdzu Bernardowi. Ten odpowiedział, że jego kalectwo nie jest przeszkodą do kapłaństwa i dlatego Księża Sercanie mogą go przyjąć. Ta nowina była dla niego drugim "powstaniem". Oczywiście wyzwanie było wielkie, droga długa i niepewna. Ale Josué zmobilizował się. Niestety, jego jeszcze pogańska rodzina sprzeciwiała się tym zamiarom. Według tradycji, jego obowiązkiem jako najstarszego z dzieci jest małżeństwo, zapewnienie potomstwa, opieka nad młodszymi braćmi i siostrami. Jeśli się tego nie podejmie, rodzina się go wyprze. Josué, mimo licznych gróźb, wybrał jednak życie zakonne. Było to dla niego trzecie "powstanie". Warto jednak wiedzieć, że w Afryce ignorowanie tradycji przodków grozi bowiem nawet śmiercią. Tylko nieliczni mają odwagę przeciwstawić się.

Dzięki silnej woli przeszedł z sukcesem, choć nie bez problemów, wszystkie stopnie formacji zakonnej i kapłańskiej: propedeutykę, postulat, nowicjat, studia filozofii i teologii – w sumie 10 lat – tyle bowiem u nas trzeba czasu, by zostać kapłanem. 20 kwietnia 2002 roku jego marzenie się spełniło. Było to czwarte "powstanie".

Piątym "powstaniem" było pojednanie się z rodziną, która stopniowo zaczęła godzić się z jego decyzją. Byłem tego świadkiem podczas prymicji w rodzinnej wiosce. Rodzice Josuégo, wobec licznie zgromadzonej ludności, wręczyli mu na znak pojednania tradycyjne "drzewo pokoju". Była to ceremonia bardzo wzruszająca i została nagrodzona gromkimi brawami.

Wrócę jeszcze do uroczystości święceń w katedrze w Nkongsamba. Tego dnia, oprócz Josuégo, sakrament kapłaństwa otrzymało dwóch naszych sercańskich diakonów. Ceremonia nabrała specjalnego charakteru dzięki Josuému. Na twarzach wielu osób zgromadzonych w katedrze na widok kandydata do święceń posuwającego się do ołtarza o kulach wśród dwóch zdrowych współbraci pojawiło się wielkie zdziwienie. "Jak to, kaleka księdzem?" Wszyscy byli przyzwyczajeni widzieć w czasie święceń młodych, zdrowych, pięknych młodzieńców, a tu kaleka z kulami, któremu trzeba było pomagać przy klękaniu... Jednakże kiedy biskup nałożył na niego ręce i ucałował na znak pokoju, w katedrze rozległ się krzyk podziwu i radości. Wielu z szacunkiem schyliło głowę przed Josuém. Było to jego szóste "powstanie".

Tego dnia w katedrze zebrała się również duża grupa kalekich ludzi. To było także ich święto. Ci młodzi, często opuszczeni przez wszystkich, których większość się wstydzi, z którymi nikt się nie liczy, mieli specjalnie wydzielone miejsce w katedrze, bo jeden spośród nich przyjmował sakrament kapłaństwa. W ciągu trzech godzin Liturgii zapomnieli o codzienności, problemach, upokorzeniach. Byli przeniesieni na wyżyny szczęścia. Trzeba było widzieć ich dumę, uniesienie. To było siódme "powstanie" Josuégo – jego dar dla tych, których świat odstawił na bok.

W tym dniu w jakiś szczególny sposób zrealizowała się wśród nas Ewangelia Chrystusowa, dzięki temu, że ksiądz Josué Fosso, sercanin, odważył się odpowiedzieć na wołanie Pana: "Wstań". Niech przykład księdza Josuégo zmobilizuje do "powstania" tych wszystkich, dla których życie wydaje się w taki czy inny sposób trudne...

Ks. Stanisław Wawro SCJ