|  Strona Główna  | numer aktualny  | archiwum  |  indeksy  |  księgarnia  |  prenumerata  |  redakcja  |

W NUMERZE:


CZŁOWIEK NIEZWYKŁY

rozmowa z o. Stanisławem Olesiakiem SVD

Ojciec Stanisław jest werbistą pochodzącym z Nowosądecczyzny. Jego pracę misyjną w Angoli przerwała poważna choroba. Nową "Afrykę" odkrył w Polsce. Niektórzy mówią o nim, że "cuda czynić potrafi".

 Zanim wyjaśnimy naszym Czytelnikom, czy potrafi Ojciec czynić cuda, proszę powiedzieć, czy to prawda, że wysłał Ojciec dzwony na Nową Gwineę?

– To prawda, ale to dłuższa historia. Moje powołanie misyjne zrodziło się w seminarium diecezjalnym w Tarnowie. Już tam przygotowywałem paczki dla misjonarzy. Rozwinęło się to jeszcze bardziej w Pieniężnie, w seminarium Księży Werbistów, do których wstąpiłem. Tam przygotowywaliśmy wiele paczek. Pamiętam, jak raz zaproponowałem o. Szymańskiemu, prowincjałowi, zabicie trzech świń i zrobienie kiełbasy. Dzięki temu powstało 200 paczek dla misjonarzy z okazji Bożego Narodzenia. Podobną akcję zorganizowaliśmy kilkakrotnie. Raz zdarzyło się nawet, że oprócz innych koniecznych przedmiotów wysłaliśmy także dzwony na Nową Gwineę...

– Czy to znaczy, że już w czasach seminaryjnych myślał Ojciec o wyjeździe na misje?

– Po ukończeniu filozofii w tarnowskim seminarium skierowałem swoje kroki do Pieniężna, ponieważ jedynym zgromadzeniem, które dawało realną możliwość wyjazdu na misje, byli Werbiści.

– Kiedy spełniły się te marzenia?

– W 1979 roku przyjąłem święcenia kapłańskie, a już w następnym rozpoczęła się moja przygoda misyjna w Angoli. Zostałem przeznaczony do posługi w miejscowości N´zeto, w najbardziej malarycznym regionie Afryki.

– Jak wspomina Ojciec ten czas?

–W N´zeto pracowałem siedem lat. Klimat był dość uciążliwy. W porze deszczowej padało zaledwie trzy, cztery razy. Jednocześnie powietrze było bardzo wilgotne. Swoistym problemem były także nieprzeliczone roje komarów. Panoszyła się malaria. Inną poważną trudnością była wojna domowa w Angoli i panowanie reżimu komunistycznego. Również sytuacja ekonomiczna była bardzo ciężka, panował głód.

– A ludzie?

– Kiedy przybywaliśmy do wiosek, witano nas zawsze z wielką radością, którą trudno opisać. Uderzano w bębny, tam-tamy, witała nas starszyzna wioski. Były też miejscowości, w których ludzie przez kilka lat nie widzieli kapłana z powodu trwającej wojny, zamieszek i wymordowania wielu duchownych.

– Czas spędzony w Angoli był chyba ważnym okresem w życiu Ojca?

– Bardzo często wracam myślami i sercem do Afryki, gdzie pozostawiłem cząstkę siebie. Cieszę się, że dane mi było pracować przez te lata w jednym miejscu, dzięki czemu mogłem dobrze poznać ludzi, nawiązać z nimi bliskie znajomości, pokochać ich. Dziś, wspominając Angolę, widzę konkretne twarze ludzi spotkanych w N´zeto.

Wiele też się tam nauczyłem. Najwięcej zawdzięczam chyba moim angolskim parafianom. Oni nauczyli mnie uśmiechać się do wszystkich i mimo wszystko, oraz umiejętności radowania się życiem, wdzięczności za wszystko Bogu i ludziom.

– W pewnym jednak momencie życie Ojca diametralnie się zmieniło...

– O mojej chorobie dowiedziałem się po wizycie w Instytucie Medycyny Morskiej i Tropikalnej w Gdyni. Kolejne badania rezonansem magnetycznym potwierdziły diagnozę – stwardnienie rozsiane.

– ...

– Na początku był potworny ból i bunt: "Boże, dlaczego ja? Po co? Przecież jako zdrowy mogłem ludziom bardziej się przydać. Czy źle im służyłem?". Takie pytania kłębiły się w mojej głowie podczas wielu bezsennych nocy.

– Czy jest na nie odpowiedź?

– Uważam, że Pan Bóg kieruje człowiekiem i mu dopomaga. Chociaż są chwile, kiedy spieram się z Nim i mówię: "Boże, coś Ty dobrego zrobił? Moje miejsce powinno być nie tutaj, ale na misjach. A Ty, Panie, kazałeś mi usiąść i tak pokornie siedzieć!". I to jest właśnie dla mnie bolesne. Jednak wpatrzony w krzyż, mając różaniec w ręku, otrzymuję pomoc i siły. Potem dodaję: "Panie, wybacz, że tak myślę".

– Rozpoczął wtedy Ojciec "nową misję"...

– Tak! Skoro Pan Bóg dał dwie kule, a teraz wózek, to trzeba na nim jechać i kontynuować swoją posługę. Oczywiście, można byłoby usiąść i trwać w bezruchu, ale ja tego nie potrafię, muszę coś robić. Przemogłem się. Wziąłem kule, wyszedłem na miasto szukać podobnych do mnie. Tak bardzo tęskniłem do Afryki! I nagle pomyślałem sobie: przecież u nas też jest "Afryka".

I to jaka wielka! Gdyby wszyscy chorzy na wózkach wyjechali jednego dnia na rynek Nowego Sącza, zdziwilibyśmy się na ich widok. A przecież w Polsce żyją cztery miliony niepełnosprawnych. Jedna dziesiąta narodu, gdzie oni są? Siedzą zamknięci w swoich czterech ścianach jak w więzieniach. Postanowiłem, że trzeba ich z tych więzień wyzwolić, wyprowadzić na świat.

– Nie jest to chyba łatwe zadanie?

– Irytuję się, bo chciałbym wciąż więcej, ale niestety nie daję rady. Tym bardziej że choroba postępuje. Dzisiaj już jest gorzej niż wczoraj. Doszła urostonia, która przynosi z sobą wiele niepokoju, i nogi są coraz słabsze. Mszę świętą odprawiam na wózku. Cały czas spotykam się z osobami niepełnosprawnymi. Boga proszę o jedno – żeby nie odjęło mi mowy, abym mógł nadal rozmawiać z ludźmi.

– Jak rozpoczęła się ta szczególna posługa wśród chorych?

– Początki miały miejsce na turnusach rehabilitacyjnych dla osób chorych na stwardnienie rozsiane. Uczestnicząc w nich, zauważyłem, że oprócz rehabilitacji fizycznej jest potrzebna rehabilitacja duchowa – codziennie Msza święta, dzielenie się Słowem Bożym, rozmowa, modlitwa, spowiedź.

– Jak sami chorzy przyjmują obecność Ojca?

– Widząc obok siebie mnie, duchownego, również niepełnosprawnego, bardzo często nawiązują ze mną rozmowę. Tym łatwiej, jeżeli widzą, że pomimo trudów i podobnego cierpienia nie odrzucam Boga, uśmiecham się, modlę się, odmawiam brewiarz, różaniec, odprawiam Mszę świętą, adoruję Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie. Ludzie otwierają się, dzielą tym, co czują, pytają o moje nastawienie i przeżywanie choroby. Widząc moje zmagania i próby nadawania sensu życiu pomimo kalectwa, szukają częstszego kontaktu, wspólnych rozmów, spotkań, proszą o spowiedź.

– Wróćmy do początku naszej rozmowy. Czy to prawda, że Ojciec potrafi "czynić cuda"?

– Choroba zbliżyła mnie do ludzi, którzy cierpią i chorują, podobnie jak ja. Ktoś powiedział o mnie, że "cuda potrafię czynić". To zbyt wielkie słowa. Nie potrafię czynić cudów, ale rzeczywiście dzieją się one wokół mnie. Kiedy siedzę lub leżę, nawet gdy mam w nogach mrowienie i odczuwam bardzo silny ból, potrafię śmiać się, rozmawiać. Czy to nie jest mały cud? To cudowne, że moje zachowanie i słowa czasem mobilizują do życia innych chorych, którym tak bardzo doskwiera ból i cierpienia. Do tych cudów zaliczam też fakt, że wielu ludzi zdrowych i władze Nowego Sącza czynnie włączają się w apostolstwo chorych, udzielając im wsparcia. Kalectwo samo w sobie nie jest nieszczęściem. Staje się nim wówczas, gdy człowiek jak więzień zamyka się w czterech ścianach.

– Dziękuję serdecznie za rozmowę.

Rozmawiał

kl. Przemysław Król SCJ
(Stadniki)