|  Strona Główna  | numer aktualny  | archiwum  |  indeksy  |  księgarnia  |  prenumerata  |  redakcja  |

W NUMERZE:


JEZU, NIE ZABIERAJ MI CIERPIENIA...

Kiedyś miałam tak zwane dobre życie. Mąż na stanowisku i moja praca przynosiły znaczące dochody. Goniłam za pieniędzmi. Wciąż ich było mało i mało. Urządzone mieszkanie, błyszczący samochód, wycieczki i urlopy. Działka. W przyszłości dom, domowe zwierzaki, nawet konie. Było coraz lepiej. Niech ludzie widzą, podziwiają, zazdroszczą… Miałam to wszystko. Miałam. Ale czy byłam szczęśliwa?

Brakowało mi czegoś. W sercu gościła pustka. Moje życie było miałkie.

Od Boga odeszłam daleko. Bardzo daleko i na bardzo długo. Nie tylko odeszłam. Byłam przeciwko Niemu. Korona Pana Jezusa upleciona jest z moich grzechów. Mówiłam, że Boga nie ma. I choć był przy mnie zawsze, wtedy tego nie wiedziałam. Jak bardzo Bogu zależy na człowieku, że nie cofa się przed niczym, żeby do niego dotrzeć…

Umarli moi ukochani rodzice, odeszli niemal równocześnie. Czas nie zdążył jeszcze zagoić mojego bólu i rozpaczy, kiedy sama uległam wypadkowi. W czasie budowy wymarzonego domu zwaliła się na mnie ciężka pryzma belek. Runęło moje życie. Uraz kręgosłupa i głowy, paraliż, karetka, szpital, długa operacja i wyrok, który poznałam kilkanaście miesięcy później. Jak ciężko było żyć mojemu mężowi z taką myślą – "…Takiego spustoszenia w kręgosłupie nigdy nie widzieliśmy. Najwyżej rok życia".

Po co ratowano moje życie? Nawet tego darowanego roku nie chciałam przeżyć. Sparaliżowana. Bez czucia. Nie wiedziałam, czy jeszcze mam nogi, nie czułam ich. Bez powonienia (po urazie głowy) nawet nie wiedziałam, że leżę w moczu i kale. Najgorszy ból. Silny, rozległy, jakbym była pochłonięta, ogarnięta przez ogień. I bezsenne noce. Jak martwą kłodę przekładano mnie co dwie godziny z boku na bok, by uchronić przed odleżynami. Ogromny ból, cierpienie, upokorzenie, upodlenie… Zdana na całkowitą łaskę innych. Ile człowiek może wytrzymać… Tak może być tylko w piekle.

Nawet Boga nie mogłam zapytać: "Dlaczego?". Nie pytałam. Boga w moim sercu nie było.

Nie chciałam tak cierpieć. Nie mogłam wytrzymać bólu. Nie chciałam żyć. Z wielkim trudem chowałam do szufladki szpitalnego stolika tabletki nasenne. Uzbierałam ich całą garść. W porę znalazł je mój mąż. Nikt nie czynił mi wyrzutów. Teraz mówię, że znalazł je na moje szczęście.

Rok i trzy miesiące po wypadku dowiedziałam się o śmierci brata. Nie żył od roku. Wcześniej nie wolno mi było tego powiedzieć.

Pierwsze cztery lata od wypadku byłam na przemian intensywnie rehabilitowana i poważnie operowana. Siedem operacji z narkozą. Każda z powikłaniami. Rok i kilka miesięcy spędziłam w jednym z warszawskich szpitali. Rok w Konstancinie. Rok we wrocławskim szpitalu i kilka turnusów rehabilitacyjnych w sanatorium. Tak długo byłam poza domem…

Przez cały ten czas przychodzili do mnie młodzi ludzie, księża, psychologowie. Mówili o Bogu… Z Nim łatwiej – mówili. Uparcie odpowiadałam – "Nie".

Bóg już tyle razy mnie dotknął, naznaczył. "…W im większych jesteśmy trudnościach, tym bardziej Bóg pochyla się nad nami." Pochylał się. Tak mocno się pochylał, a ja nic nie rozumiałam i mówiłam – "Nie".

Cztery lata po wypadku, po kolejnej operacji, kiedy byłam w pozycji leżącej, nagle umiera mój mąż. Umarł na moich rękach… Nie byłam na pogrzebie ani męża, ani brata. Zostałam sama. Najtrudniejszy był pierwszy rok. Trochę opiekowała się mną rodzina (z odległych miejscowości), trochę sąsiedzi i znajomi. Dobrzy ludzie. Było bardzo ciężko. Byłam bezradna i wystraszona. Bałam się Domu Opieki Społecznej.

Powoli uczyłam się nowego życia. Życia na wózku z łączącymi się z tym trudnościami. Powoli stawałam się coraz bardziej samodzielna.

Późną wiosną 1988 roku zaprzyjaźnieni studenci zabrali mnie na włóczęgę do Włoch… Strach, wielkie zmęczenie, zażenowanie, bo dysfunkcja pęcherza, a więc nieprzyjemny zapach, pieluchy, które nie chciały schnąć, kłopoty. Wstydziłam się też wózka. Natarczywe spojrzenia ludzi – to wszystko bolało. Ukradkiem roniłam łzy. Mimo tych upokorzeń i spartańskich warunków, w jakich przebiegała podróż, dostrzegłam piękno tego kraju.

Między innymi zajechaliśmy do Scala, kawałeczek za Neapolem. W świętym Scala swoje korzenie mają bracia i siostry redemptoryści.

Siostry redemptorystki, wśród których było wiele Polek, podzieliły się z nami dachem nad głową, nakarmiły i wyposażyły na dalszą drogę. Okazały nam tyle dobroci, miłości i serca… Zwłaszcza mnie, chociaż widziały, że w czasie Mszy św. ukrywam się w kącie. Widziały, że nie przystępuję do Komunii św., że nie wierzę. Mówiły, że widzą we mnie cierpiącego Jezusa…

Miłością, dobrocią i wrażliwością dotknęły mojego serca. Poruszyło się. Jakby z zazdrością patrzyłam na siostry i zaprzyjaźnionych studentów, gdy ze wzruszeniem do swoich serc przyjmowali Pana Jezusa. Poczułam dziwną tęsknotę. Zaczęłam myśleć o Bogu. Ktoś powiedział, że jeżeli myśli się o Bogu, to już się wierzy…

Jadwiga Adamczewska
(Warszawa)
 

Dokończenie w następnym
numerze "Wstań".[>>>]