|  Strona Główna  | numer aktualny  | archiwum  |  indeksy  |  księgarnia  |  prenumerata  |  redakcja  |

W NUMERZE:


NASZE DNI WIARY

Wszystko zaczęło się w chwili, kiedy mój brat nagle zachorował. Dosłownie z dnia na dzień pojawił się u niego guz i trafił do szpitala na oddział onkologiczny. Było to tuż przed letnią sesją egzaminacyjną. Wtedy jeszcze nie przypuszczałam, że dane mi będzie odwiedzać ten oddział przez całe wakacje.

Michaś miał operację drugiego dnia po przyjęciu do szpitala. Pamiętam, jak mama przyjechała do domu, a ja nie mogłam jej uspokoić po rozmowie z lekarzem... Tak ciężko było patrzeć na cierpienie bliskich. Nie było wątpliwości, że mojego 23-letniego brata zaatakowała ta straszna choroba – rak. Wtedy przed oczami pojawiły mi się złe momenty, do jakich doszło między nami – kłótnie, nieporozumienia itp. To wszystko stało się tak małe, maleńkie. Ważny był on – jedyny brat, którego teraz mogłam stracić. Pytałam setki razy: "dlaczego?", ale najbardziej usilnie starałam się "przekonać" Boga, żeby nam go nie zabierał...

Kiedy pojechałam do szpitala, Michał był już po operacji – słabiutki i blady. O nic nie pytał, my również – za radą lekarzy – nic nie mówiliśmy. Zdawało się, że smutna prawda jeszcze do niego nie dotarła. Kiedy tak zabawialiśmy chorego rozmową i nadludzko zdobywaliśmy się na okazanie radości, powiedział: "Mamo, młodzi ludzie też umierają na raka...". Zamarliśmy. Nikt go wtedy nie okłamywał, ale też nikt z nas nie wymawiał dotąd tego strasznego słowa. Tego dnia nie rozmawialiśmy długo – Michał nie miał na to siły. Ale byliśmy, trwaliśmy przy łóżku, modląc się w myślach, tak rozpaczliwie prosząc...

I Bóg nie pozostał obojętny na nasze wołania. Zupełnie obca osoba – znajoma znajomej – przyniosła nam małą buteleczkę oleju z Ziemi Świętej. Olejek był poświęcony, wystarczyło spożywać z chlebem parę kropel lub smarować chore miejsce. Inna znajoma przyniosła wodę święconą z Lourdes. Michał tak bardzo uczepił się tych bezinteresownych gestów ludzkiej miłości. Tak bardzo uwierzył, że będzie dobrze. My szukaliśmy oparcia u Ojca Pio. Nie wiem, dlaczego właśnie ten święty był wtedy tak szczególnie obecny w naszych myślach, ale podczas modlitwy czuliśmy upragniony spokój i nadzieję.

Od operacji minęły dwa tygodnie – dni wielkiego lęku i nadziei, okres, po którego upływie miało się wszystko rozstrzygnąć. Czekaliśmy na wyniki analizy wyciętego guza. Michał wrócił do domu i wspólnie oczekiwaliśmy. Pan Bóg tak bardzo w tamtych dniach zjednoczył naszą rodzinę. Wszystkie nieporozumienia poszły w niepamięć, a my wspólnie podtrzymywaliśmy się na duchu. Wtedy Bóg powoli wlewał pokój w nasze serca.

I zdarzył się cud! Najprawdziwszy cud, najprawdziwsze uzdrowienie. Lekarz prowadzący, trzymając w rękach wyniki mojego brata, spojrzał na mamę i zupełnie niespodziewanie się przeżegnał. Powiedział, że jak od dwudziestu lat pracuje w zawodzie, tak czegoś podobnego nie widział. Wyniki wskazywały, że guz po prostu zniknął. O pomyłce nie mogło być mowy, ponieważ do analizy wysłano aż jedenaście wycinków. Teraz wszystko wyglądało tak, jakby niczego nie wycięto. Chirurg kiwał głową i mówił, że to działanie Pana Boga, bo gdy operowano brata, nie było żadnej wątpliwości: tam nie było zdrowej tkanki! Lekarze czekali na potwierdzenie diagnozy i określenie rodzaju nowotworu. Teraz natomiast trzymali w rękach wyniki, których nie mogli pojąć, a które dla nas samych były wielką ulgą i powodem ogromnej wdzięczności.

Nigdy nie zapomnę tego oczyszczającego płaczu, którym wybuchliśmy po otrzymaniu wiadomości, że Michał będzie zdrowy. Cały strach owych dni, cały lęk i bezsilność wylały się wtedy we łzach przed Panem Bogiem. Jeszcze przez dwa miesiące Michał wracał do sił po przebytym leczeniu. Czas choroby pomógł mu zobaczyć wiele spraw zupełnie inaczej. Kiedy rozmawialiśmy, powiedział, że najważniejsze w życiu jest tak żyć, by niczego nie żałować. Mówił, że uświadomił sobie, jak wielu spraw nie dokończył, jak wiele "zawalił" i jak wiele jeszcze musi zrobić dla przyszłego Nieba. Czas choroby nie był stracony – Bóg przemówił do nas wszystkich w szczególny sposób. Nie zastanawiamy się, ile pomógł olejek, ile woda święcona, ile modlitwy. Na pewno wszystko razem. Olejek i woda były taką namacalną pomocą Bożą – ofiarowane z dobrego serca pomagały nie zwątpić. Ale najważniejsza okazała się siła modlitwy, wiara wbrew rozpaczy, a nade wszystko dobroć Boga.

Katarzyna Ledwoń
(Siemianowice Śląskie)