|  Strona Główna  | numer aktualny  | archiwum  |  indeksy  |  księgarnia  |  prenumerata  |  redakcja  |

W NUMERZE:


LUBIĘ POKONYWAĆ SIEBIE

Jarosław Chudy mieszka w Sokołowie koło Wrześni. Jest zdobywcą brązowego medalu w szermierce na zawodach Pucharu Świata w Warszawie. Oto jego opowieść o tym, jak się stało, że będąc na wózku inwalidzkim, zainteresował się taką dziedziną sportu, jak szermierka:

"To bardzo długa historia. Jako sprawny 21-letni chłopak wybrałem się na trening rowerem. Uprawiałem wówczas sporty obronne, ale również dużo jeździłem tzw. kolarzówką, rowerem wyścigowym. Pech chciał, że miałem poważną kolizję z ciężarówką. W wyniku tego zdarzenia doznałem złamania kręgosłupa w odcinku kręgów 6-7, co dla wielu laików tłumaczy się porażeniem czterokończynowym, czy jeszcze inaczej tetraplegią.

Kiedy znalazłem się w tej sytuacji, cały czas żyłem nadzieją, że ze złamaniem kręgosłupa jest tak, jak ze złamaniem ręki czy nogi, gdy nałoży się gips. Potem już tylko miesiąc, najdalej półtora, i człowiek wstaje, wraca do życia. Cały ten czas trzymano mnie «pod kloszem» i nie uświadomiono, że ta moja choroba nie jest wcale taką krótką sprawą, że będzie to trwało znacznie dłużej. Kiedy minął miesiąc, a potem drugi, lekarze zaczęli mnie przyzwyczajać do tego, że nie będzie tak łatwo. Wtedy zrozumiałem, że wrócić do normalnego życia będzie ciężko, inaczej niż to sobie wyobrażałem. Do dwóch lat po wypadku żyłem w przekonaniu, że wstanę, po prostu coś się stanie i wstanę. Po upływie tego czasu uświadomiłem sobie, że jeśli tak dalej będę postępował, to całe życie spędzę w domu na łóżku. I wtedy nastąpił we mnie jakiś przełom. Zacząłem bardziej otwierać się na ludzi, wychodzić do nich, powoli uczyłem się na nowo żyć, wracać do przyjaciół. Bardzo mi w tym pomógł sport. Poprzez cotygodniowe treningi w Koninie, dzięki zmianie otoczenia – myślę – jakoś uchroniłem się przed psychicznym załamaniem, które – jak wiem – spotyka wielu niepełnosprawnych, żyjących na wózku.

W moim przypadku najważniejsza okazała się rodzina. Bez niej, bez brata, ojca czy siostry, nie mógłbym wyjeżdżać z domu i spotykać się z ludźmi. Gdyby nie moja rodzina, to może nie spotkalibyśmy się, ja i Pani Redaktor, tu, w moim domu. Zostałem tetraplegikiem – osobą, która wymagała permanentnej troski o to, by nie pojawiły się niepotrzebne – zawsze w tym rozpoznaniu niebezpieczne – zapalenie płuc czy odleżyny, co może stać się przyczyną śmierci. Tylko dzięki ojcu moje płuca prawidłowo pracowały, a ciało zachowało świeżość. To on przez sześć dni w tygodniu dojeżdżał do szpitala w Poznaniu i już od 8-mej rano stosował różne masa-że. Po prostu – robił wszystko. Był pielęgniarzem, innym razem salowym, i tak co dnia do godziny 19-tej. Potem jechał do domu. W niedzielę czasami miał wolne, wtedy przyjeżdżali mama i brat z siostrą. To dzięki nim i Opatrzności mogę uczestniczyć w życiu sportowym, jeździć na treningi do Konina. Pokonuję 115 km dwa razy w tygodniu. Ojciec wozi mnie samochodem, bo podróż pociągiem byłaby niemożliwa.

W swoim życiu miałem różne wzloty i upadki. Trzeba pamiętać, że tetraplegia łączy w sobie nie tylko dolegliwości natury fizycznej – jak niewydolność sprawnościową – ale też utrudnienia natury fizjologicznej. Kto wie, czy nie jest to największą udręką w tym schorzeniu. Pewnych rzeczy nie można zrobić samemu, a wtedy cały świat wali się na głowę. Wówczas czuję się najbardziej słaby, nic nie znaczący. Ciężko się mówi o takich rzeczach… Kiedy wraca się do czasów przed chorobą, to ciepło się robi w sercu i łezka kręci się w oku. Powiem Pani szczerze, że dawno o tych rzeczach z nikim otwarcie nie rozmawiałem. Już minęło 12 lat, od kiedy to wszystko zaczęło się dziać. Taka była rola mojej rodziny i tylko jej właściwie zawdzięczam to, czym mogę obdarzyć tych, którzy są w podobnej sytuacji".

Kiedy spytałam, czy Opatrzność miała udział w ratowaniu Mirkowi życia, otrzymałam bardzo szczerą odpowiedź: "Ciężko jest mi wypowiadać się na ten temat. Początkowo myślałem, że przeklinam Ją za to, że pozostawiła mnie przy życiu, bo cały mój świat się zawalił. Przed wypadkiem byłem bardzo sprawnym, młodym człowiekiem, sportowcem, pełnym życia, a w pewnym momencie wszystko to się zmieniło. Myślałem wtedy «po co?», «dlaczego?». Lepiej byłoby zginąć na miejscu w tym wypadku i zyskać spokój dla duszy. Wszyscy mieliby mniej kłopotów…

Lecz kiedy tak zacząłem rozważać ścieżki mojego życia – wyszły zupełnie inne przemyślenia. Myślałem sobie, że może szkoda by było tego wszystkiego, bo przecież czasami nie jest tak źle, wręcz fajnie, nieraz nawet lepiej niż fajnie… To zależy od wielu czynników, od dnia, od okoliczności, bo reaguję na wszystkie zjawiska tak jak normalny, zdrowy człowiek, który miewa także chwile słabości. Też jestem uzależniony od efektów: jak i czy mi się coś uda. Powoli zacząłem myśleć, że może Opatrzność coś w moim życiu znaczy. Może ten wypadek był formą pokazania innej strony życia? Nie tylko, powiedzmy sobie: popularności, zdrowia, sprawności, że na wózku też można żyć… Można ludziom pokazać coś więcej, a nawet stać się przykładem i wielu innych wyciągać z domu. Przyznam, że mam znajomych po wypadkach, takich jak ja, młodych chłopaków, którzy «łamią się» i siadają na wózki. Staram się do nich jeździć, rozmawiać z nimi, pomagać, pokazywać, że można inaczej, że świat się nie zawalił. Ciężka jest to praca, bo przeważnie rodzina takiego chorego w pierwszej chwili bardzo się asekuruje. Nie dopuszczają do siebie myśli, że ich dziecko może siedzieć już całe życie na wózku. Z przerażeniem patrzą na mnie i nawet izolują swojego chorego. Ale potem, kiedy minie ten okres, kiedy widzą, że nie wróci się z tej choroby w miesiąc, dwa, ale że może to potrwać dłużej lub nigdy się nie skończyć, biorą sobie moje słowa do serca, a nawet stawiają mnie swym dzieciom za przykład, jak można inaczej żyć na wózku. Chociaż nie jestem typowym tetraplegikiem, który całkowicie samodzielnie funkcjonuje, mogę z innymi żyć i im pomagać. Muszę się nieskromnie pochwalić, że parę osób zrozumiało, dzięki mnie i Hirkowi Piesakowi z Bydgoszczy, mistrzowi w pływaniu, że wózek pozwala na czynne życie, na przełamywanie barier, a nawet na zdobycie uznania ludzi".

Zapytałam też Mirka, jakie ma zamiłowania i co robi, jeśli nie trenuje, czy pomaga kolegom wózkowiczom: "Mam komputer i wielu przyjaciół «mailowych» w Internecie. W mojej skrzynce adresowej jest bardzo dużo ciekawych kontaktów z całej Polski i świata. Utrzymuję stałą korespondencję z osobami z Czech, Francji, z jedną osobą ze Stanów Zjednoczonych i Anglii. Jest to bardzo przydatna, poręczna forma komunikacji, wyjątkowo sprawna i szybka. Ułatwia mi życie. Najbardziej jednak kocham sport i szermierkę, którą uprawiam profesjonalnie. Jest ona pasją mojego życia. Mam po prostu duszę sportowca. Przed wypadkiem miałem marzenie, aby studiować na AWF. Może też i powołanie…".

notowała Elżbieta Cwojdzińska
(Gniezno)
"Moc w słabości" nr 5/2002