|  Strona Główna  | numer aktualny  | archiwum  |  indeksy  | prenumerata  |  redakcja  |

W NUMERZE:


CASUTA NOASTRA

Rok 2001 skłonił nas do refleksji, gdyż był dla nas „rokiem jubileuszowym”. Minęło już 10 lat naszej misyjnej obecności i posługi tutaj, na rumuńskiej ziemi. Był to czas łaski i mozolnego tworzenia, a przede wszystkim „odgruzowywania” tego, co przez długie lata niszczył komunizm. To także próby budowania w młodych pokoleniach prawdziwych wartości.

Rzeczywistość pobudza nas stale do refleksji – co znaczy być misjonarką w Rumunii, w kraju w 80 % prawosławnym, w którym Kościół lokalny ma swoją tradycję, gdzie struktura i zewnętrzne aspekty religijności są jeszcze obecne?

Być misjonarką to przede wszystkim być dla ludzi i wśród ludzi, dzielić się z nimi tym, czym się żyje, a więc wiarą, nadzieją i miłością. Różnorodność form apostolstwa jest tylko zewnętrznym znakiem wyrażania tej radosnej prawdy, że Pan jest obecny w sercu każdego, i że to Jego miłość czyni człowieka szczęśliwym.

Naszą konkretną posługą jest opieka nad chorymi, edukacja dzieci i młodzieży, troska o poczęte życie. Dodatkowym zajęciem jest jeszcze budowa, która jest chyba doświadczeniem wszystkich tworzących się misji. Wspomnę tylko, że jesteśmy na dwóch placówkach: miasto Roman i wioska Raducaneni. Razem jest nas dwanaście, tworzymy wspólnotę międzynarodową (Austria, Słowacja, Włochy, Indonezja, Polska, Rumunia).

Ten rok był dla nas wyjątkowy, ponieważ jesteśmy w trakcie budowy centrum pastoralnego i naszego domu. Budowa ta jest konieczna, gdyż do tej pory mieszkamy przy plebani w małym pomieszczeniu. Ufamy, że za rok będziemy mogły zamieszkać w nowym domu, utworzyć większą wspólnotę, rozwinąć naszą pracę apostolską w lepszych warunkach i nowych formach. Opatrzność Boża czuwa nad nami. Możemy to odczuć poprzez dobroć i hojność ludzi, a także pracowitość i sumienność tych, którzy są w to dzieło bezpośrednio zaangażowani.

Już szósty rok pracujemy wśród dzieci. To cudowne doświadczenie, za co dziękuję Bogu. Dzieci tak bardzo potrzebują wychowania. Bieda materialna i moralna w rodzinach, alkoholizm, demoralizujący wpływ mass mediów – to czynniki niszczące, wobec których trzeba zastosować nowe i skuteczne formy miłości, przyjaźni, wspólnoty. „Dom Nazaret”, lub jak mówią dzieci „Casuta noastra” (Nasz Domek), jest dla nich miejscem radości i bezpieczeństwa. Cotygodniowe spotkania poszczególnych grup, mające formę katechezy, zabaw, zajęć, w przeciągu tych kilku lat zostawiły w ich sercach piękne ślady.

W naszym domu otrzymują też gorącą herbatę i coś do zjedzenia. Dla niektórych jest to pierwszy, a czasem jedyny posiłek dnia. Pomagają w tym trzy panie – to jakby próby angażowania ludzi świeckich w apostolstwo, co tutaj w Rumunii jest czymś nowym i nie zawsze łatwym.

Cieszymy się, gdy możemy pomóc finansowo niektórym dzieciom w kontynuowaniu szkoły średniej w mieście. Dla ludzi z wioski to zbyt duża inwestycja i tylko nieliczni mogą sobie na to pozwolić. Stąd edukacja kończy się najczęściej na 6 lub 8 klasie. Taka młodzież nie ma pracy, a nadmiar wolnego czasu spędza na tanich rozrywkach. Najbardziej niepokoi fakt, że wiele dziewcząt oddaje się prostytucji.

Bardzo trudna sytuacja materialna ludzi jest przyczyną wielu kłótni, agresji, rozbicia rodzin. Walka o przetrwanie jakby nie pozwalała ludziom otworzyć się na wyższe wartości i nimi żyć. Ostatnio wszyscy byliśmy wstrząśnięci tragedią młodej rodziny w naszej wiosce. Mężczyzna w wieku 29 lat zamordował swoją żonę, a następnie sam popełnił samobójstwo. Przyczyną tej tragedii był przegrany proces sądowy, w którym utracił dom – to stało się powodem utraty sensu życia.

Ludzie tutaj naprawdę cierpią, szczególnie zimą, gdy nie ma za co kupić opału. Cierpią głód, bo wielu nie stać na kupienie żywności. Często przychodzą do nas ze swoimi problemami. Chcą, aby ktoś ich wysłuchał i zrozumiał. Staramy się mieć dla nich czas, otwarte serce, uśmiech, dobre słowo i dużo cierpliwości. Jesteśmy świadome, że nie rozwiążemy tych problemów. Zanosimy je do Pana w cichej adoracji, oddając Bogu i naszą bezsilność.

Siostra Patrycja (moja współsiostra – Austriaczka) dużo czasu poświęca ludziom chorym i w podeszłym wieku. Praktycznie większość chorych najpierw przychodzi do niej po poradę, a dopiero później do lekarza. Ludzie nie mają pieniędzy na lekarstwa, nawet te podstawowe, jak aspiryna. Siostra Patrycja dokonuje ogromnych wysiłków, by otrzymać leki dla chorych, by ratować każde życie, a przede wszystkim ludzi starszych, którzy są tutaj pozbawieni opieki. Bardzo cenią ją miejscowi lekarze, nie mówiąc już o chorych, dla których jest samym dobrem i jasnym promykiem nadziei.

W wielości zajęć, w konfrontacji z trudną rzeczywistością, siły i pokój serca czerpiemy z modlitwy. To Jezus cierpi w ludziach i tylko przez kontemplację Jego Osoby uczymy się „godzić” na cierpienia świata. Jesteśmy świadome naszej małości i bezradności, ale wierzymy, że Bóg może wszystko, że Duch Święty dopełni dzieła, które sam zapoczątkował. Wierzymy, że nasza misja, mała jak 10-letnie dziecko, ma swoją przyszłość i zaowocuje dobrem.

Kończąc tę refleksję, pragnę podziękować za wszelkie okazane nam dobro, pomoc i życzliwość. Polecamy się nadal Waszej pamięci. Głośmy wielkość i dobroć Boga, gdziekolwiek jesteśmy!

S. Dawida SSpS
(Rumunia)