|  Strona Główna  | numer aktualny  | archiwum  |  indeksy  |  prenumerata  |  redakcja  |

W NUMERZE:


KOCHAM ŚMIERĆ, BO TYLKO ONA NA MNIE CZEKA

Te słowa wypisane na ścianie przedziału kolejowego przeczytałam jadąc niedawno pociągiem. Tak głęboko utkwiły mi w pamięci, że ciągle wracają pobudzając do refleksji. Zastanawiam się nie tylko nad tym, kto je napisał, ale zwłaszcza nad tym, jakie głębokie "przesłanie" te słowa w sobie zawierają.

Wydaje mi się, że ich autor nie był szczęśliwy, pogodny, radosny, zadowolony z życia… O wiele bardziej prawdopodobne wydaje się, że w tym momencie był "w dołku", może nawet na dnie rozpaczy... Myślę, że takie słowa może podyktować poczucie głębokiego osamotnienia, duchowa i psychiczna depresja. Może napisało je dziecko z tak zwanego "dobrego domu", któremu rodzice zapewnili wszystko, oprócz swojej miłości... Może do takiego stwierdzenia doszedł ktoś, kto już nie potrafił poradzić sobie ze swoimi problemami, a nie znalazł nikogo, kto poświęciłby mu odrobinę czasu i uwagi – po prostu BYŁ z nim w trudnych chwilach.

Te rozważania wciąż na nowo utwierdzają mnie w głębokim przekonaniu o tym, jak ogromną wartość ma OBECNOŚĆ, jak wielkie znaczenie ma odrobina czasu poświęcona bliźniemu, najmniejszy gest wyrażający zainteresowanie – to może ocalić od rozpaczy.

Matka Teresa z Kalkuty wciąż powtarzała, że najcięższą chorobą naszych czasów jest samotność. Tak wielu jest dziś pośród nas udręczonych codziennymi troskami, obawami, niepewnością jutra. Tylu chorych, którzy czują się niepotrzebni, bo otoczenie daje im do zrozumienia, że są tylko ciężarem. Tak często nawet nasi najbliżsi na próżno oczekują naszej pomocy i wsparcia, bo my po prostu nie mamy dla nich czasu...

Kilka lat temu, pracując jako pielęgniarka środowiskowa, odwiedzałam codziennie pewną rodzinę, gdzie chorowało kilkutygodniowe dziecko, któremu podawałam zastrzyki. Pewnego dnia, gdy tam weszłam, w ponure listopadowe popołudnie, sześcioletni braciszek mojej malutkiej pacjentki, podbiegając z widoczną radością do matki, powiedział: "Mamusiu, bo jak siostra do nas przyjdzie, to jest tak, jakby zaświeciło słońce!" Od tego momentu słowa te towarzyszą mi nieustannie. Pełne dziecięcej prostoty i szczerości, tak bardzo głęboko uświadamiają mi, jak wielkie znaczenie może mieć dla kogoś kilka chwil mojej obecności. Bo skoro mój gest, odrobina czasu i zainteresowania jest przez kogoś wyczekiwany jak upragnione słońce w długie, ponure, deszczowe dni – to ja nie mogę się tak łatwo usprawiedliwiać: "mam ważniejsze sprawy", "jestem zmęczona". Może właśnie ten mój gest, kilka chwil rozmowy – mimo zmęczenia i braku czasu – pomoże komuś przetrwać w cierpieniu, rozpali lub ocali iskierkę nadziei, uchroni od rozpaczy. Tak niewiele potrzeba...

Może osobie, która napisała te dramatyczne słowa, zabrakło właśnie takiego "drobiazgu"...

S. Hieronima
(Bielsko-Biała)